miałam dosłownie i teraz mam w przenośni.
Dosłownie bo w poniedziałek dorwała mnie w szpony GŻ. GŻ została odpowiednio scharakteryzowana przez Atę jako "bezczelna pańcia". Więc ta GŻ najpierw dopadła mi Chłopa; przeczyściła jak złoto. A kilka godzin później dopadła mnie. Na co kompletnie nie byłam przygotowana gdyż do głowy by mi nie przyszło że ten zwłok koło mnie może być poważnie i zaraźliwie chory. Zatem mój osobisty zewłok od godziny 1 w nocy do godzin porannych kursował na trasie łóżko-toaleta z przyległościami (w postaci miski) ekspresem. A nawet intercity. Koniecznie bez przedziałów a nawet drzwi, które ograniczają prędkość dopadnięcia łazienki po ciemku.
Padłam w końcu jak worek ziemniaków nad ranem i już we wtorek wcale z łóżka nie wstałam. To znaczy wstałam, a i owszem. I dobrze że złapałam się mebla, bo bym padła. Trzy kroki w tył i znalazłam się w bezpiecznej przystani łóżeczka. Aż do środy. Są jednak tego i dobre strony. Jakie?
Doświadczenie! Pierwszy raz poczułam co to znaczy być chorym: nic nie mogłam robić, bo nawet książki nie byłam w stanie utrzymać. Do tej pory własne choroby to były "pieszczoty" w porównaniu z czyszczonkiem wirusem. Nie potrafię wyrazić nawet jak mi przykro że ludzie chorują w taki poważny sposób nawet latami, dzień po dniu. Ja po jednym miałam dość.
Na euforię mi się po 'wyzdrowieniu' nie zebrało i nie dochowałam się stadka królików. Ale za to wreszcie otworzyłam książki do PRINCE2 i wgryzłam się w treść. Skutkiem czego dziś wreszcie zdałam egzamin z tej metodyki zarządzania. Wyniki na razie mam oralne, certyfikatu mogę spodziewać się za kilka tygodni bo musi w butelce listem z UK się dokołysać....
Do tego praca (przecież jak wstałam w środę z łóżka i mam siłę łazić po domu to i do pracy mogę iść, czyż nie???) i eskalacje "bo Ania się nie wdzwoniła na confcall" - żenuła. Nie nie żalę się: to tylko świeżutka próbka która na kursie z metodyki zarządzania projektami ilustruje brak 'profesjonalizm' biura wsparcia projektów (zwanego bardziej sojsko "biurem zaparcia").
Ot i co. A robótkowo? W tle cuś się kręci, ale mnie znowu kuszą krzyżyki ...... nawet myszki RR jakoś euforii nie niosą choć urocze są. Dłubię powoli tę jedną. Może w niedzielę uda się skończyć.
Teraz będę cieszyć się zasłużonym weekendem.
Czego i Wam życzę po zapewne zakręconym tygodniu!
******
A w Canady u Margott nie udało się nic wylosować :( Następnym razem będzie lepiej :)
sobota, 27 marca 2010
niedziela, 7 marca 2010
Archiwum: Urosła
Spieszę donieść, że należy już teraz spodziewać się wiosny, gdyż choinka dłubana UB została dziś o 18 definitywnie skończona. Zdjęcia są choć ciemno i wilki wyją. A ja wyję bo na końcu metalizowaną wyszywałam i jeszcze mi wszystko w środku z nerwów chodzi! Jeju, jak ja metaliwoanej nie cierpię. I to nie jest takie sobie "ot, nie lubię". To głęboko zakorzeniona nienawiść do tego rodzaju nitki. I kropka. A przede mną hafty z większą ilością takich "rewelacji" .... Buuu..... No nic, na razie nie myślę. Oto choina:
wraz z detalami:
wraz z detalami:
Parametry techniczne:
- 64 cm wysokości,
- 10,5 cm szerokości
- aida 20" kremowa (ecru?)
- mulina pojedyńcza nitka Anchor + metalizowana złota DMC
- Zaczęłam po Świętach Bożego Narodzenia 2009 i skończyłam dziś: 7.03.2010
Choinka ostatecznie mi się podba, ale nie powaliła mnie na kolana. To chyba kwestia klucza kolorów: wg mnie nie był trafiony, choć ORYGINALNY. Zalecane wg producenta muliny do wyszywania to "V+H". Nigdy o nich nie słyszałam, zatem nie umiem nawet pogdybać "co by było gdybym" miała te muliny. No i w trakcie pracy okazało się że dwa odcienie zielenie i dwa brązy były do siebie tak zbliżone, że ostatecznie wybrałam bardziej skrajne odcienie. W innym przypadku już w ogóle nie byłby widać listków zielonych na wiankach na choince (zlałby się...) a szyszki na czubku wyglądałyby jak plama, czyli jak szyszka w środku czerwonej gwiazdy.
Żeby mi nudno nie było, do tego wszystkiego uczę się koronki klockowej. Drogą kupna zanabyłam 30 klocków, w sobotę spotkałam się z Dziewczynami i zaczęłyśmy. I oto efekty pierwszego przewracania klockami. No dobra - to żadna tam gipiura, ale pierwsze ruchy klocków już mam za sobą. Na początku płócienko: potek skręcenie nici wiodacej i mamy ażurek:
a potem skręcenie nici pionoweej oraz wiodaceji jest siateczka:
a w całości to jest .... pijana zakładka, bo dzięki zwiększaniu komplikacji wzoru, powiększała się powierzchnia (szerokość) koronki. Oto kilka centymetrów prób w całości:A teraz chętnie przygarnę jakieś malutkie i nieskomplikowane wzory koronki klockowej, aby spróbować wykonać coś innego niż tylko ... pijaną zakładkę ;)
piątek, 8 stycznia 2010
Archiwum: Ciekawostka - chyba
Padam na twarz, coś mnie chyba bierze :( Namówiłyście mnie, ale będę podstępną wredotą. Nie pokażę szerszego aspektu, tylko fragmenty dwa czerwone. To dopiero połowa czerwieni jaką muszę wyszyć.
Miejcie zagadkę na weekend - ciekawe czy zgadniecie co to za wzór :))))
A ja jadę na narty. Albo doprawię się do końca, albo wywieję z tyłka choróbsko.
Miejcie zagadkę na weekend - ciekawe czy zgadniecie co to za wzór :))))
A ja jadę na narty. Albo doprawię się do końca, albo wywieję z tyłka choróbsko.
piątek, 25 grudnia 2009
Archiwum: Wesołych Świąt
Choć już połowa Świąt za nami życzę Wam Wszystkim Czytaczom i Odwiedzającym te strony wiele spokoju, uśmiechu, ciepła i chwili zadumy. Życzę zupełnie prozaicznie spokojnej porannej kawy i miłych rodzinnych spotkań, a przede wszystko niewiele przygotowań i mało sprzątania!
A do tego wszystkiego życzę Wam chwili dla siebie. W końcu to czas cudów :D
W skrócie i w skondensowanych dwóch słowach: Joyeux Noël, jak to na poniższym Tralala obrazku:


A do tego wszystkiego życzę Wam chwili dla siebie. W końcu to czas cudów :D
W skrócie i w skondensowanych dwóch słowach: Joyeux Noël, jak to na poniższym Tralala obrazku:
Udało się skończyć właśnie dzisiaj :D
sobota, 19 grudnia 2009
Archiwum: Miał być piąteczek....
.... a był "piątek trzynastego". No jak dawno, nie miałam takich przygód.
Po pierwsze choina. Zabrałam się radośnie do prasowania ugotowanej choinki, wyprasowałam, fizelinkę myk naprasowałam, odwracam choinę a choina ... krzywa. Krzywa jakby ją halny do ziemi przygiął /przypominam że na lnie wyszywałam i ten len jakoś ma tendencje do wyciągania się po przekątnej/. No to fizelinę oderwałam, zaczęłam kombinować, zawołałam Chłopa w celu wydania opinii czy choinka prosto leży. Dumał, mierzył i orzekł: choinka jest krzywa.
No fajnie. Ale gdzie?! Okazało się że Sierotka źle wyszyłam po jednej stronie te takie tam rozbryzgi. I było niesymetrycznie i chojak wyglądał jakby miał jedną nóżkę bardziej. Bardziej krótką. Zniechęcona, choinkę wzięłam na warsztat, rzuciłam w kąt całą resztę ustrojstwa. Ale do choinki się nie zabrałam. Stwierdziłam że muszę sobie nastrój poprawić.
Wzięłam się za rameczkę w czerwieni uroczej Anchor 1006. Ramka miała być obfotografowana jak zostanie skończona.
Złapałam igłę i lecę, dziergam aż się pali. Prawie doleciałam od dołu długim brzegiem do samej góry i co? Zabrakło mi jednego ściegu żeby dołączyć do górnej belki. Zaczęłam poszukiwać gdzie się pomyliłam. Pomyliłam się na samym dole długiego brzegu rameczki. Musiałam spruć cały jeden długi brzeg. Myślałam już że chyba tylko sznur się ostanie..... Chwilę podziubałam, potem poszłam spać. I takie były moje dokonania piątkowe. Dlatego brak obiecanego wpisu.
Ale o 3 rano się obudziłam, dokończyłam rameczkę. Kładłam się z silnym postanowieniem że rano tę choinkę w pierwszej kolejności spruję i poprawię. Co też zrobiłam i dokończyłam oprawę.
Po pierwsze choina. Zabrałam się radośnie do prasowania ugotowanej choinki, wyprasowałam, fizelinkę myk naprasowałam, odwracam choinę a choina ... krzywa. Krzywa jakby ją halny do ziemi przygiął /przypominam że na lnie wyszywałam i ten len jakoś ma tendencje do wyciągania się po przekątnej/. No to fizelinę oderwałam, zaczęłam kombinować, zawołałam Chłopa w celu wydania opinii czy choinka prosto leży. Dumał, mierzył i orzekł: choinka jest krzywa.
No fajnie. Ale gdzie?! Okazało się że Sierotka źle wyszyłam po jednej stronie te takie tam rozbryzgi. I było niesymetrycznie i chojak wyglądał jakby miał jedną nóżkę bardziej. Bardziej krótką. Zniechęcona, choinkę wzięłam na warsztat, rzuciłam w kąt całą resztę ustrojstwa. Ale do choinki się nie zabrałam. Stwierdziłam że muszę sobie nastrój poprawić.
Wzięłam się za rameczkę w czerwieni uroczej Anchor 1006. Ramka miała być obfotografowana jak zostanie skończona.
Złapałam igłę i lecę, dziergam aż się pali. Prawie doleciałam od dołu długim brzegiem do samej góry i co? Zabrakło mi jednego ściegu żeby dołączyć do górnej belki. Zaczęłam poszukiwać gdzie się pomyliłam. Pomyliłam się na samym dole długiego brzegu rameczki. Musiałam spruć cały jeden długi brzeg. Myślałam już że chyba tylko sznur się ostanie..... Chwilę podziubałam, potem poszłam spać. I takie były moje dokonania piątkowe. Dlatego brak obiecanego wpisu.
Ale o 3 rano się obudziłam, dokończyłam rameczkę. Kładłam się z silnym postanowieniem że rano tę choinkę w pierwszej kolejności spruję i poprawię. Co też zrobiłam i dokończyłam oprawę.
Zdjęcie jest do niczego, bo słońce jakieś mdłe było.
Przy tym mdłym słońcu zrobiłam też zdjęcie ramki dokończonej:
I właśnie z powodu mdłego światła dopiero zdjęcie z lampą oddaje urok aidy ufarbowanej papryką i herbatą.
Madziula pytała jak się to robi. Otóż relacja zdjęciowa jest tutaj: http://saolya.blogspot.com/2008/09/quaker-turtles-dhc.html a ja tylko dopowiem że:
1. Tkaninę należy zwilżyć, rozłożyć na płasko i posypać herbatą (może być z rozerwanej torebki, może być liściasta) oraz czerwoną papryką.
2. Zwinąć materiał w kulkę, jak na zdjęciach
3. Gotować 20 minut. Woda zrobi się .....masakrycznie brzydka
4. Wypłukać w zimnej wodzie, rozwiązać materiał, spłukać pozostałości
5. Przegotować 1-2 razy materiał w proszku do prania/płatkach mydlanych/żelu czy innym środku czyszczącym w celu usunięcia pozostałości farbujacych i utrwalenia koloru.
Można wyszywać :)
Powiem szczerze że żadna aida mozaikowa nie podoba mi się tak bardzo jak efekt herbaty+papryki. Ale to moje zdanie tylko.
Padam na twarz po intensywnym jeżdżeniu na szmacie. Chyba się na chwilę tylko położę ....
poniedziałek, 7 grudnia 2009
Archiwum: Barbórkowo
Wspominałam na początku listopada że przez chwilę zaniemogłam blogowo bo dziubę cuś na prezent. Kto widział moje prace na multiply ten wie co to 'tureckie rajstopki'. Określenie Kankanki idealnie opisuje zjawisko nitkowo-igłowe. Ale żeby być konsekwentną również tu ujawnię co dziobałam w ukryciu. Tu detale.
Speedy wrotka:
Speedy wrotka:
i małe dziecię:
i Baabcia:
No i jak to wygląda w całości:
A o oprawionej pracy jak zwykle zapomniałam :(
Za to od razu wiadomo dlaczego "tureckie rajstopki:" szalone backstitche stanowią całe ubranko Baabci, co w zbliżeniu wygląda tak:
Pracę wykonywałam na firmowym kicie: len 28ct, muliny Anchor.
Tylko jedna zmiana nastąpiła: odchudziłam Baabcię o jedną kolumnę pionową, która wypadła mi na łączu kartek we wzorze i na xero schematu się .... nie odbiła. A ja dzielnie wyszywałam, bez jednej kolumny. Zorientowałam się tak późno, że nie chciało mi się już pruć. Zatem Babcia na całej wysokości jest szczuplejsza niż być powinna.
Ale to akurat chyba lepiej :) Fajnie byłoby się tak szybko na xero odchudzać :D
wtorek, 24 listopada 2009
Archiwum: Budujemy nowy dom (8) schody
W całym tym zalataniu SAL-owym nie mogę zapomnieć o tym że jeszcze mam pracę i dom i faktury do zapłacenia.
Dzisiaj po pracy złapałam za szmatę i fruuu!!!! Polatałam po szafach - albo mam mało pudeł w szafach, albo nie wiem co innego bo w półtorej godziny biegania po drabinie się uwinęłam z pawlaczami. Reszta jest w porządku i nie wymaga sprzątania.
Teraz wreszcie popłaciłam górę faktur z różnych Firm. Mogę odsapnąć. Właśnie dostałam sygnał że lecą do mnie już niespodzianki piękne - wkrótce zrobi się u mnie zwierzyniec :D
Mam na niego pomysł specjalny, ale o tym w swoim czasie.
Minęły trzy tygodnie od czasu gdy ostatni raz pisałam o domku. A tymczasem ... pojawiły się schody cudnej urody! I na pięterko będziemy wchodzić już po bardzo wygodnych drewniaczkach:
Schody to dzieło Taty Janka - ależ On ma cierpliwość i łapki zdolne do drewna!!
W dodatku na parterze są ściany wygipsowane i wymalowane !!!! Yupi !!! Jest co raz bardziej przyjemnie :) Nawet nasza graciarnia dostała piękne białe ściany:
Domek na zimę musi być przygotowany i udało się zamontować okiennice. Zmieniły bardzo wygląd domku, ale niewątpliwie zabezpieczają domek przed przypadkowymi Zwiedzającymi.
Dzisiaj po pracy złapałam za szmatę i fruuu!!!! Polatałam po szafach - albo mam mało pudeł w szafach, albo nie wiem co innego bo w półtorej godziny biegania po drabinie się uwinęłam z pawlaczami. Reszta jest w porządku i nie wymaga sprzątania.
Teraz wreszcie popłaciłam górę faktur z różnych Firm. Mogę odsapnąć. Właśnie dostałam sygnał że lecą do mnie już niespodzianki piękne - wkrótce zrobi się u mnie zwierzyniec :D
Mam na niego pomysł specjalny, ale o tym w swoim czasie.
Minęły trzy tygodnie od czasu gdy ostatni raz pisałam o domku. A tymczasem ... pojawiły się schody cudnej urody! I na pięterko będziemy wchodzić już po bardzo wygodnych drewniaczkach:
Schody to dzieło Taty Janka - ależ On ma cierpliwość i łapki zdolne do drewna!!
W dodatku na parterze są ściany wygipsowane i wymalowane !!!! Yupi !!! Jest co raz bardziej przyjemnie :) Nawet nasza graciarnia dostała piękne białe ściany:
Domek na zimę musi być przygotowany i udało się zamontować okiennice. Zmieniły bardzo wygląd domku, ale niewątpliwie zabezpieczają domek przed przypadkowymi Zwiedzającymi.
Najbliższe pół soboty i niedzielę spędzę na działce - trzeba podjąć próbę posprzątania, choć na tip top jeszcze nic nie urządzamy, bo czeka nas po pierwsze martwy okres zimowy i do tego cyklinowanie i lakierownie podłóg na początku wiosny.
Ale i tak jestem szczęśliwa :)
niedziela, 15 listopada 2009
Archiwum: Nimue - koniec
Skończyłam dzisiaj dłubać Śpiocha. Jak już wiecie mojej Mamie wcale się nie spodobał :( Ale mi podobuje się nadal bardzo i po komentarzach widać że nie tylko ja jestem fanką skrzatów, elfów i innych stworów żabojadzkich.
Wyszywałam na lnie 32ct Zweigart, tym samym które pozostało mi po samplerze. Przy czym do końca nie wiedziałam jak będzie haft wyglądał ostatecznie i czy spełni moje oczekiwania bo...:
Co do moheru... Potrzebowałam tylko pół metra a musiałam kupić cały motek, 10 dag. I to jeszcze nie moheru ale akiegoś polskiego "Moherka". Stwierdziłam że nie będę przekopywać całej stolnycy dla motka prawdziwego moheru.
Ucięłam nitę, podczas rozdzielania mało się nie rozpłakałam, a podczas wyszywania.... co chwilę nitki się rwały, rozłaziły na kłaczki... Dramat. Niemniej ostatecznie mam swoje pierwsze Nimue, jeszcze nieoprasowane:
I jestem BARDZO zadowolona!!! Zastanawiam się gdzie go powieszę :)
Nie wiem co teraz złapię na tamborek - chyba muszę przejrzeć zapasy szafowe.... Może wreszcie coś świątecznego powstanie.
Bebezet, zalecam pierwsze xxx na pracach Nimue - ja mam w planach jeszcze .... tak ze trzy sztuki :)
Wyszywałam na lnie 32ct Zweigart, tym samym które pozostało mi po samplerze. Przy czym do końca nie wiedziałam jak będzie haft wyglądał ostatecznie i czy spełni moje oczekiwania bo...:
- wyszywanie jedną nitką - zgodnie z zaleceniami projektantów wg mnie jest możliwe na materiałach drobniejszych niż 18. A ja miałam do dyspozycji 16, i taki materiał jest zalecany w opisie schematu.
- pojawił się nowy twór taki jak "1 fil Mohair" i to mnie nieco niepokoiło bo skąd ja wezmę moher co da się nim wyszyć?
Co do moheru... Potrzebowałam tylko pół metra a musiałam kupić cały motek, 10 dag. I to jeszcze nie moheru ale akiegoś polskiego "Moherka". Stwierdziłam że nie będę przekopywać całej stolnycy dla motka prawdziwego moheru.
Ucięłam nitę, podczas rozdzielania mało się nie rozpłakałam, a podczas wyszywania.... co chwilę nitki się rwały, rozłaziły na kłaczki... Dramat. Niemniej ostatecznie mam swoje pierwsze Nimue, jeszcze nieoprasowane:
I jestem BARDZO zadowolona!!! Zastanawiam się gdzie go powieszę :)
Nie wiem co teraz złapię na tamborek - chyba muszę przejrzeć zapasy szafowe.... Może wreszcie coś świątecznego powstanie.
Bebezet, zalecam pierwsze xxx na pracach Nimue - ja mam w planach jeszcze .... tak ze trzy sztuki :)
poniedziałek, 2 listopada 2009
Archiwum: LD - Paradigm Lost - KONIEC
Było, minęło, skończyło się. Projekt xxx to mój największy, nie ukrywam że zainspirowany pierwszym samplerem który zrobił na mnie ogromne wrażenie, samplerem Lili. Do pracy zmotywowała mnie zaś Basia poprzez propozycję zabawy SAL.
Na początek trochę suchych faktów o projekcie, podobno wyczekane smakuje lepiej ;)
START: 11.03.2009
KONIEC: 31.10.2009
PRZERWY /on-hold/:
MATERIAŁY:
I oto jest:
Na początek trochę suchych faktów o projekcie, podobno wyczekane smakuje lepiej ;)
START: 11.03.2009
KONIEC: 31.10.2009
PRZERWY /on-hold/:
- gdy wyszywałam wróżki --> 3 tygodnie
- gdy urlopowałam się --> 2 tygodnie
- gdy niezliczone wieczory i weekendy spędzałam w ulubionych sklepach budowlanych i na działce latając z łopatą tudzież taczkami lub też trzęsąc się z zimna, marząc o rękawiczkach. Nie w głowie było mi wtedy wyszywanie ani wtedy ani wtedy ;)
MATERIAŁY:
- 32ct Zweigart Belfast Raw Linen
- mulina zwykła DMC 3865 w ilości 19 motków, co daje zaledwie ... 456 metrów muliny...
- znalazła mnie nowa praca i zmieniłam pracodawcę
- rozpoczęliśmy domek i doprowadziliśmy go w ciągu sezonu do stanu używalności /już się nie marźnie po nocach ;)/
I oto jest:
I kilka detali:
Ten sampler jest też trochę mój osobisty. Dlaczego? Poprawiałam autorów i ten schemat skorygowałam bo nie był symetryczny. Dodatkowo wpisałam w niego swoje inicjały.
I tutaj jeszcze coś co różni pracę od oryginału, rok wykonania:
I oczywiście środek jednej z rozetek:
który to schemat zastapił smutną, oryginalną gapę.
Jeśli schemat komuś się spodoba, chętnie podzielę się wzorem tego co wyszyłam: aploch@poczta.fm
EDIT 1.02.2013: dotyczy udostępnienia fragmentu motywu który zaprojektowałam - nie oferuję tutaj wysyłki całego schematu Long Dog! Schemat można nabyć przez internet.
Sampler zawiśnie w nazej chatce, nad kominkiem. To już postanowione. Tylko niech ten kominek się w końcu pojawi ;)
I to by było na tyle. THE END.
--------------------
Chciałabym tutaj podziękować wszystkim odwiedzającym: zarówno komentującym, jak i tym milczącym obserwatorom: bardzo motywowaliście mnie do pracy nad samplerem, a każde pozostawione słowo wzmacniało w drodze do ukończenia pracy. DZIĘKUJĘ WAM :)))
---------------------
sobota, 24 października 2009
jezdem
z powrotem po urlopie. Ciepłe kraje są super, ale w Egipcie z tym biurem podróży z którym byłam to już długo, długo nie pojadę. Miał być super luksus, a było przez 6 dni spotykanie się z rezydentem, potem managerem hotelu, pisanie protokołów, zbieranie dowodów, ustalenie treści i ilości reklamacji. 20 rozjuszonych osób to nie przypadek. Do tego rezydentka która traktowała nas jak idiotów i uważała że parzenie herbaty w plasitkowych jednorazowych kubeczkach w hotelu 5* to standard w hotelach w Egipcie, a oczekiwanie na filiżanki do kawy 20 minut czy zamknięte od środka restauracje z powodu nadmiaru gości w godzinach wydawania posiłków to histeryzowanie i wyolbrzymianie problemów. Tak jak grzyb w pokojach, niedziałająca klima, czy brak talerzy podczas posiłków.... Co było, to było - rejs był super jak zawsze, świątynie Egipskie cudne, ludzie na urlopie fantastyczni, temperaturki zawstydzająco wysokie 
Najważniejsze że słońce dopisało i dało się zadek pomoczyć.
Najważniejsze że słońce dopisało i dało się zadek pomoczyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)