Dziś wracając z urlopu i rozmyślając jeszcze nad ubiegłym rokiem zdałam sobie sprawę że nie wspomniałam w rachunku sumienia o dwóch zdarzeniach które to bezpośrednio robótkami nie były ale.... ściśle wiązały się z tym tematem. Były to projekty bezpośrednio związane z rokiem 2010: uruchomione zabawy SAL wraz z dedykowanymi blogami.
Polski Needlepoint - zabawa która narodziła się w dwóch głowach, potem trudno ją było wyartykułować aż w końcu przy kawie i babskich pogaduchach padło głośno 'A'. Potem było 'B' i 'C' i ostatecznie 9 kwietnia 2010 wieczorem światło księżyca ujrzał blog którego celem jest szerzenie techniki needlepoint.
Ten blog powstał dzięki Yenulce i Madziuli przy moim skromnym udziale. Graficznie wsparła nas niezastąpiona AnnMargaret.
Były chwile zwątpienia, było ciężko, był stres. Ale dotarłyśmy się, odkryłyśmy że dobrze nam się razem pracuje, cieszy nas zainteresowanie nową techniką.
W pierwszym projekcie aktywnie uczestniczyło 13 osób. Mamy już kilka prac ukończonych.
W tym roku kontynuujemy zabawę z nowym projektem, znowu są chętni chcący poskramiać needlepoint! Ta zabawa się nie kończy i trwa dalej!
Zaraz okaże się że needlepoint to już działalność operacyjna ;)
Świąteczny SAL 2010 - zabawa zainspirowana popularnością ubiegłorocznego Choinkowego SAL-a 2009 - tym razem w retuszowanej wersji bo na blogu ogólnodostępnym.
Już drugi rok bawiłyśmy się razem :) Wiecie ile nas było? Pół setki!
Dokładnie 58 osób bawiło się wspólnie, ponad połowa ukończyła prace świąteczne przed Świętami 2010 - uważam że osiągnęłyśmy SUKCES :)
I oto koniec rachunku sumienia za 2010 rok.
Biorąc pod uwagę zaangażowanie i efekty pracy nad dwoma powyższymi projektami cieszę się że udało mi się zrobić choć tyle prac ile w poprzednim poście podsumowałam ;)
Macie rację: nie o ilość idzie ale o jakość. A także, jak napisała Lila, o satysfakcję z pracy którą się wykonuje. Dzięki kilku próbom wiem co sprawia mi radość :) Teraz tylko trzeba pracować!
Mam nadzieję że rok 2011 pozwoli nam kontynuować wspólne projekty - w końcu dalej wyszywamy :D
Zachęcam do zabawy w needlepoint - właśnie zaczynamy wyszywanie nowego wzoru. Myślę że warto spróbować aby dowiedzieć się czy "lubię to" ;)
Mam niedosyt robótkowania. Rzuciłam się na wyszywanie jak szczerbaty na suchary. Już niedługo efekty pokażę, ale następny post będzie jeszcze o czymś innym :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
sobota, 8 stycznia 2011
piątek, 7 stycznia 2011
Rachunek sumienia
Nie zakończyłam ubiegłego roku jak trzeba: nie było robótkowego rachunku sumienia.
31 stycznia zdałam sobie sprawę z tego że rok 2010 był okrutnie ubogi w tym temacie. Koncentrowałam się na działce, spotkaniach towarzyskich, rąbaniu ogrodu, sadzeniu i innych aktywnościach będących pożeraczami czasu (np.: godziny spędzane w samochodzie za kierownicą, rysunek). O!!! Żeby nie było: niczego nie żałuję! Po prostu stwierdzam fakty.
Ostatni rok pomimo iż ubogi w skończone prace był też szalenie urozmaicony. Pojawiły się w nim zarówno:
Preferuję haft, nie najgorzej radzę sobie z igłą i szyciem ręcznym, drewno wymaga wiele cierpliwości ale efekty tej pracy dają mnóstwo radości.
Prac ukończonych tylko kilka - z tego jak ubogi był 2010 zdałam sobie sprawę próbując przypomnieć hafty krzyżykowe.
Za to większość na lnie, jedna praca lnianymi nićmi wyszyta, jedna nitkami od Niny, jedna na aidzie 20 (choinka UB), jeden UFO skończony (firanki z kurami):
Statystyki ratuje nieco ukończona w Sylwestra Laura:
Na szczęście rok 2011 będzie lepszy!
Dlaczego? Bo zamierzam skoncentrować się na hafcie, nie eksperymentować z koronkami, zatrudnię Singerka do szycia, mój Połamaniec założy mi nawadnianie w ogrodzie a i chwastów będę miała mniej w ogrodzie z roku na rok.
Rokowania na 2011 są dobre.
Czego i Wam życzę Drogie Odwiedzające, Czytelniczki i Komentatorki.
31 stycznia zdałam sobie sprawę z tego że rok 2010 był okrutnie ubogi w tym temacie. Koncentrowałam się na działce, spotkaniach towarzyskich, rąbaniu ogrodu, sadzeniu i innych aktywnościach będących pożeraczami czasu (np.: godziny spędzane w samochodzie za kierownicą, rysunek). O!!! Żeby nie było: niczego nie żałuję! Po prostu stwierdzam fakty.
Ostatni rok pomimo iż ubogi w skończone prace był też szalenie urozmaicony. Pojawiły się w nim zarówno:
- stolarka
- szycie,
- szydełkowanie,
- wyszywanie: krzyżyki, needlepoint, Schwalm
- koronkowanie: klocki, Aemilia ars.
Preferuję haft, nie najgorzej radzę sobie z igłą i szyciem ręcznym, drewno wymaga wiele cierpliwości ale efekty tej pracy dają mnóstwo radości.
Prac ukończonych tylko kilka - z tego jak ubogi był 2010 zdałam sobie sprawę próbując przypomnieć hafty krzyżykowe.
Za to większość na lnie, jedna praca lnianymi nićmi wyszyta, jedna nitkami od Niny, jedna na aidzie 20 (choinka UB), jeden UFO skończony (firanki z kurami):
Statystyki ratuje nieco ukończona w Sylwestra Laura:
Na szczęście rok 2011 będzie lepszy!
Dlaczego? Bo zamierzam skoncentrować się na hafcie, nie eksperymentować z koronkami, zatrudnię Singerka do szycia, mój Połamaniec założy mi nawadnianie w ogrodzie a i chwastów będę miała mniej w ogrodzie z roku na rok.
Rokowania na 2011 są dobre.
Czego i Wam życzę Drogie Odwiedzające, Czytelniczki i Komentatorki.
sobota, 1 stycznia 2011
Rzutem na taśmę
skończyłam w Sylwestra o godzinie 20 wyszywać Laurę Perin.
Brakujący granatowy Kreinik wypełnił brakujące miejsca i oto mam już swoje 100% gotowości.
Niniejszym oświadczam że czuję się fantastycznie gdyż skończyłam rok 2010 z jedną pracą niedokończoną mniej.
Niech moc będzie z Wami :)
Brakujący granatowy Kreinik wypełnił brakujące miejsca i oto mam już swoje 100% gotowości.
Niniejszym oświadczam że czuję się fantastycznie gdyż skończyłam rok 2010 z jedną pracą niedokończoną mniej.
W tym Nowym Roku życzę Wam oczywiście zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia. Do tego uśmiechów, szczęścia, pogody ducha, miłości, cierpliwości, wyrozumiałości i wszystkiego o czym jeszcze pomarzycie.
W sferze robótkowej zaś na Nowy Rok życzę specjalnie: kontrolowanego Miecia i czasu na robótki! Kreatywne już jesteście wszystkie jak jeden monż, zatem teraz życzę Wam czasu na realizację tychże pomysłów!
Niech moc będzie z Wami :)
niedziela, 31 października 2010
Picoti Picota: Sur les toits…
Skończony i wyszyty. Teraz już tylko oprawa :)
Nie muszę chyba mówić jak przyjemnie mi się wyszywało ten drobiazg? C U D O W N I E! W kolejce stoją chyba wszystkie schematy tego projektanta. Zwłaszcza kury :D
Raw Linen 32ct Belfast, DMC 3865 & Anchor 905
W:29cm, H: 7cm
Nie muszę chyba mówić jak przyjemnie mi się wyszywało ten drobiazg? C U D O W N I E! W kolejce stoją chyba wszystkie schematy tego projektanta. Zwłaszcza kury :D
wtorek, 28 września 2010
Never ever RR!
Wiadomo już że podczas urlopu się opierniczałam. A co.
No i jasna sprawa że tak przez 12 godzin to po lesie nie łaziłam albo cały dzień kawy nie piłam przy krzyżówce.
Trochę udało się też podłubać.
Miałam swój plan który zakomunikowałam. Mam i progres. Zaczynam od tego co spędzało mi sen z powiek i powodowało wstręt do innych prac: RR myszowe.
Sama się zgłosiłam, sama się wpisałam, mea culpa, mea maxima culpa. Reklamacje mogę tylko na własne biurko kierować, ale.... wreszcie..... po tylu miesiącach!
Ta dam! Nastąpi wiekopomna chwila!
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
WIELKI KONIEC!
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Wielki koniec jedynego w życiu Round Robin w jakim wzięłam udział!
I nie powiem, wyszywało się całkiem sympatycznie. To dlatego że OSTATNIA to była mysz :)
Kalendarz jutro wróci do Właścicielki. Wiecie ile czasu się plątał po Polsce?
Od grudnia 2008 do września/października 2010 czyli 19 miesięcy wyszywania 12 myszy ..... A niektóre inne kalendarze jeszcze nieskończone! No comments.
Cieszę się że już jest koniec!
Mój osobisty kalendarz też doleciał, ale brudny jest jak melediabeł i muszę mu jeszcze jakąś dedykacyję dłubnąć. Zatem nie gotowy do pokazywania jest.
Witajcie inne robótki :D
No i jasna sprawa że tak przez 12 godzin to po lesie nie łaziłam albo cały dzień kawy nie piłam przy krzyżówce.
Trochę udało się też podłubać.
Miałam swój plan który zakomunikowałam. Mam i progres. Zaczynam od tego co spędzało mi sen z powiek i powodowało wstręt do innych prac: RR myszowe.
Sama się zgłosiłam, sama się wpisałam, mea culpa, mea maxima culpa. Reklamacje mogę tylko na własne biurko kierować, ale.... wreszcie..... po tylu miesiącach!
Ta dam! Nastąpi wiekopomna chwila!
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
WIELKI KONIEC!
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Wielki koniec jedynego w życiu Round Robin w jakim wzięłam udział!
Oto ostatnia mysza wyszyta.
I nie powiem, wyszywało się całkiem sympatycznie. To dlatego że OSTATNIA to była mysz :)
Kalendarz jutro wróci do Właścicielki. Wiecie ile czasu się plątał po Polsce?
Od grudnia 2008 do września/października 2010 czyli 19 miesięcy wyszywania 12 myszy ..... A niektóre inne kalendarze jeszcze nieskończone! No comments.
Here is the last piece of Round Robin I decided to start with group of friends in December 2008.
It took 19 months to complete calendar with 12 motives dedicated for each month upon the year. I must admit now, once last mice is over I am happy more than ever! That was the easier and the longest project in my cross-stitcher career.
Next time when I will try to look at any RR please remind me (accordingly and roughly) that project!
It took 19 months to complete calendar with 12 motives dedicated for each month upon the year. I must admit now, once last mice is over I am happy more than ever! That was the easier and the longest project in my cross-stitcher career.
Next time when I will try to look at any RR please remind me (accordingly and roughly) that project!
Cieszę się że już jest koniec!
Mój osobisty kalendarz też doleciał, ale brudny jest jak melediabeł i muszę mu jeszcze jakąś dedykacyję dłubnąć. Zatem nie gotowy do pokazywania jest.
Witajcie inne robótki :D
środa, 8 września 2010
Horensja pastelowa
Ślicznie dziękuję za wszystkie komentarze po poprzednim postem ogrodowym. I cieszę się że i Wam się spodobała koncepcja wrzosowa pod lasem :)
Zdaję sobie sprawę z pracy która jeszcze nas czeka. Ale mam silne wsparcie w głowie i rękach (!!!) mojej Mamy, która znajduje mnóstwo radości w pracach ogrodowych. I na szczęście mierzy siły na zamiary i sama już nie porywa się z motyką na słońce a rozkłada i planuje prace dając sobie odetchnąć w przerwach.
Ale ad rem: jak groziłam tak i wracam. Mam aparat, mam zdjęcia. To Wam pokażę co wydłubałam ostatnimi czasy pomiędzy zakupami i pracami ogrodowymi. Oto surowe jeszcze 'dzieło' na kominku
A tutaj już ukończona choć, jak widać, jeszcze gorąca (na tamborku) hortensja.
Wykonałam ją na swoim ulubionym materiale: Balfast Raw Linen 32ct, ale niespodzianka..... mulinami lnianymi.
Wbrew powszechnym opiniom dotyczącym używania tychże mulin, wyszywało mi się świetnie.
Muszę jednak oddać sprawiedliwość, że efekt może wydawać się niechlujny. Jak to z lnem: nitki miały różną grubość, zdarzały się węzełki, supełki, jakieś zmechacenia. Ale ten matowy kolor daje cudny efekt: jakby kwiatek był namalowany kredą pastelową na chodniku.
Kolory na zdjęciu oddają kolory w realu - może to zasługa tego że muliny lniane są matowe i nie odbijają światła tak bardzo podczas fotografii?
Ulcia, dziękuję za podzielenie się kwiatkiem :)
Zdaję sobie sprawę z pracy która jeszcze nas czeka. Ale mam silne wsparcie w głowie i rękach (!!!) mojej Mamy, która znajduje mnóstwo radości w pracach ogrodowych. I na szczęście mierzy siły na zamiary i sama już nie porywa się z motyką na słońce a rozkłada i planuje prace dając sobie odetchnąć w przerwach.
Ale ad rem: jak groziłam tak i wracam. Mam aparat, mam zdjęcia. To Wam pokażę co wydłubałam ostatnimi czasy pomiędzy zakupami i pracami ogrodowymi. Oto surowe jeszcze 'dzieło' na kominku
A tutaj już ukończona choć, jak widać, jeszcze gorąca (na tamborku) hortensja.
Hydrangea designed by DMC
Stitched on Zweigart Belfast Raw Linen, 32ct with linen muline. Instead of beads (in line with pattern) I stitched french knots.
Stitching was real smooth - as always using linen materials...
Wykonałam ją na swoim ulubionym materiale: Balfast Raw Linen 32ct, ale niespodzianka..... mulinami lnianymi.
Wbrew powszechnym opiniom dotyczącym używania tychże mulin, wyszywało mi się świetnie.
Muszę jednak oddać sprawiedliwość, że efekt może wydawać się niechlujny. Jak to z lnem: nitki miały różną grubość, zdarzały się węzełki, supełki, jakieś zmechacenia. Ale ten matowy kolor daje cudny efekt: jakby kwiatek był namalowany kredą pastelową na chodniku.
Kolory na zdjęciu oddają kolory w realu - może to zasługa tego że muliny lniane są matowe i nie odbijają światła tak bardzo podczas fotografii?
Ulcia, dziękuję za podzielenie się kwiatkiem :)
niedziela, 15 sierpnia 2010
UFO 2 ląduje
...czyli nastąpił finał drugiej zazdrostki kurzastej. Ale najpierw dla tych co nie pamiętają jak wyglądała całkiem niedawno ukończona zazdrostka przytaczam genesis.
Na początku (4,5 roku temu) był motek DMC Babylo, nr 20. Powstało około 80% stanu zazdrostki. Potem zazdrostka popadła w niełaskę :(
Aż zlitowałam się nad nią wiosną tego roku. Myślałam, dumałam, przewracałam, macałam i odkładałam aby mocy nabrała.
Aż wzięła i nabrała mocy. I zaczęła wyglądać tak:
Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie: następnego dnia było wielkie i brutalne CIACH. I powstały dwa zupełnie niezależne byty: lewy byt i prawy byt.
Po tygodniu 'lewy byt' zaczął wyglądać przyzwoicie w stanie ukończonym:
A 'prawy byt' był w stanie opłakanym:
Aż siadłam do niego w czasie naszego wspólnego weekendu i zrobiłam brzeg dolny, a następnie już mogłam połączyć firankę i dorobiony fragment jednym rzędem dzierganym, łączącym jednocześnie dwie części firanki:
Ostatecznie 'prawy byt' zaczął własne życie pełną piersią i prezentuje się jak widać :)
I oto szczęśliwy koniec zazdrostek. Jak pogoda będzie sprzyjać jakimkolwiek aktywnościom (i umyję okno....) to wkrótce je powieszę i będę się cieszyć ich widokiem w każdy weekend :)
Efekt jest wg mnie zadowalający: na firance z kurą nie widać ciachnięcia ani łączenia. Ewentualnie można ten sposób wykorzystać w przyszłości.
Najlepiej jednak byłoby od razu robić taką firankę jaką faktycznie chce się mieć ;)
Na początku (4,5 roku temu) był motek DMC Babylo, nr 20. Powstało około 80% stanu zazdrostki. Potem zazdrostka popadła w niełaskę :(
Aż zlitowałam się nad nią wiosną tego roku. Myślałam, dumałam, przewracałam, macałam i odkładałam aby mocy nabrała.
Aż wzięła i nabrała mocy. I zaczęła wyglądać tak:
Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie: następnego dnia było wielkie i brutalne CIACH. I powstały dwa zupełnie niezależne byty: lewy byt i prawy byt.
Po tygodniu 'lewy byt' zaczął wyglądać przyzwoicie w stanie ukończonym:
Finished left curtain.
A 'prawy byt' był w stanie opłakanym:
Aż siadłam do niego w czasie naszego wspólnego weekendu i zrobiłam brzeg dolny, a następnie już mogłam połączyć firankę i dorobiony fragment jednym rzędem dzierganym, łączącym jednocześnie dwie części firanki:
Ostatecznie 'prawy byt' zaczął własne życie pełną piersią i prezentuje się jak widać :)
Finished both crotchet curtains
I oto szczęśliwy koniec zazdrostek. Jak pogoda będzie sprzyjać jakimkolwiek aktywnościom (i umyję okno....) to wkrótce je powieszę i będę się cieszyć ich widokiem w każdy weekend :)
Efekt jest wg mnie zadowalający: na firance z kurą nie widać ciachnięcia ani łączenia. Ewentualnie można ten sposób wykorzystać w przyszłości.
Najlepiej jednak byłoby od razu robić taką firankę jaką faktycznie chce się mieć ;)
niedziela, 1 sierpnia 2010
UFO 1 ląduje
Wyjazd należał do wyjątkowo udanych: nie tylko towarzysko i klimatycznie. Chyba to właśnie klimat sprzyjał porannemu wstawaniu pomimo nocnych ekscesów.
Rankami i popołudniami podczas sjesty ja ciężko pracowałam.
Dłubałam dzielnie zazdrostkę aby choć połowę mieć z głowy. To była prostsza połowa bo kiedy odcięłam prawą stronę (z kurą) pozostało poszydełkować kilka rządków w kierunku pierwotnego dłubania, dorobić jakieś sensowne listki, zaprojektować brzeg i już.
Oto pierwsza zazdrostka przerobiona z długaśnika.
Oczywiście to jest wersja wręcz robocza, zdjęta z szydełka i z radości powieszona na sznurze, na kempingu w miejscu dziergania. Wyciąganie i blokowanie zdecydowanie nada jej uroku ;)
Wymiary: wysokość 47cm, szerokość 52,5 cm. Czyli szerokość osiągnęłam dokładnie taką jakiej oczekiwałam.
Napisałyście że wykazałam się odwagą dokonując ciachnięcia. Powiem szczerze że jak patrzę na te zdjęcia to samą mnie mrozi....
Jednakże przemyślałam to w gruncie rzeczy bardzo dokładnie: wybrałam miejsce ciachnięcia, wyobraziłam sobie co się stanie po wykonaniu cięcia i jakie będą jego konsekwencje.
Miejsce cięcia też nie zostało wybrane przypadkowo: łatwo będzie mi zainicjować brzegi i niewiele słupków będę musiała wpleść w nowy łańcuszek.
Bo druga połówka firanki, która mi pozostała jest trudniejsza do skończenia: po cięciu musiałam wypruć fragmenty nitek tworzące słupki w rzędzie "pod" cięciem. Zatem przed cięciem przewlekłam przez wszystkie słupki nitkę maszynową, która zastępuje oczka łańcuszka. Wygląda to tak:
Nie wiem jak pójdzie i ile razy będę próbowała 'dosztukować' łańcuszek w sposób zadowalający mnie. Ale jedno jest pewne: nie zajmie mi to tyle czasu co dłubanie firanki od początku .... ;)
Jeśli eksperyment się powiedzie przerabianie siatki nie będzie kłopotliwe :)
Rankami i popołudniami podczas sjesty ja ciężko pracowałam.
Dłubałam dzielnie zazdrostkę aby choć połowę mieć z głowy. To była prostsza połowa bo kiedy odcięłam prawą stronę (z kurą) pozostało poszydełkować kilka rządków w kierunku pierwotnego dłubania, dorobić jakieś sensowne listki, zaprojektować brzeg i już.
Oto pierwsza zazdrostka przerobiona z długaśnika.
Last week I have finally finished my crochet lace curtain. Unfortunately I found out I do not need the huge one but two smmaller ones.... So I did cut .... and had two UFO more ;)
During my vacation these week I finalized one of splited/cutted curtains. It is 47cm high and 52,5cm wide - exactly what I need at least! What you can see is very rough version: not washed, no starched yet.
Oczywiście to jest wersja wręcz robocza, zdjęta z szydełka i z radości powieszona na sznurze, na kempingu w miejscu dziergania. Wyciąganie i blokowanie zdecydowanie nada jej uroku ;)
Wymiary: wysokość 47cm, szerokość 52,5 cm. Czyli szerokość osiągnęłam dokładnie taką jakiej oczekiwałam.
Napisałyście że wykazałam się odwagą dokonując ciachnięcia. Powiem szczerze że jak patrzę na te zdjęcia to samą mnie mrozi....
Jednakże przemyślałam to w gruncie rzeczy bardzo dokładnie: wybrałam miejsce ciachnięcia, wyobraziłam sobie co się stanie po wykonaniu cięcia i jakie będą jego konsekwencje.
Miejsce cięcia też nie zostało wybrane przypadkowo: łatwo będzie mi zainicjować brzegi i niewiele słupków będę musiała wpleść w nowy łańcuszek.
Bo druga połówka firanki, która mi pozostała jest trudniejsza do skończenia: po cięciu musiałam wypruć fragmenty nitek tworzące słupki w rzędzie "pod" cięciem. Zatem przed cięciem przewlekłam przez wszystkie słupki nitkę maszynową, która zastępuje oczka łańcuszka. Wygląda to tak:
Nie wiem jak pójdzie i ile razy będę próbowała 'dosztukować' łańcuszek w sposób zadowalający mnie. Ale jedno jest pewne: nie zajmie mi to tyle czasu co dłubanie firanki od początku .... ;)
Jeśli eksperyment się powiedzie przerabianie siatki nie będzie kłopotliwe :)
piątek, 16 lipca 2010
Do wyboru, do koloru!
Jak w temacie :)
Pierwszy Lace Key by Corinne Lacroix to Belfast Linen 32ct i DMC 3865. Dokładnie to samo zestawienie co sampler Paradigm Lost.
Drugi Lace Key by Corinne Lacroix to Belfast Linen 32ct i nici Niny, kolor Red Grape (na bazie bawełnianego DMC)
Poniżej oba klucze. Pierwszy raz powtórzyłam motyw. I coś mi się zdaje że jeszcze nie raz popełnię ten klucz bo wyszywa się go baaaardzo przyjemnie.
Pierwszy Lace Key by Corinne Lacroix to Belfast Linen 32ct i DMC 3865. Dokładnie to samo zestawienie co sampler Paradigm Lost.
Drugi Lace Key by Corinne Lacroix to Belfast Linen 32ct i nici Niny, kolor Red Grape (na bazie bawełnianego DMC)
Lace Key by Corrine Lacroix on 32ct Belfact Raw Linen stitched using Nina's thread, Red Grape
Poniżej oba klucze. Pierwszy raz powtórzyłam motyw. I coś mi się zdaje że jeszcze nie raz popełnię ten klucz bo wyszywa się go baaaardzo przyjemnie.
Miłego weekendu!
wtorek, 15 czerwca 2010
z nowym tygodniem
jakieś nowe siły we mnie wstąpiły. Robiąc porządki (kiedy ja nie robię porządków????) tym razem w robótkach trafiłam na naszą Obietnicę Tajemnicy.
Zaczynał się mecz więc pomyślałam czemu by nie.... dłubnąć czerwca.
I oto mam już swój czerwcowy fragment pracy:
Więcej, mniej tudzież inaczej tutaj.
Mam jeszcze plany na ten tydzień - może wreszcie i u mnie będzie bardziej robótkowo :)
Zaczynał się mecz więc pomyślałam czemu by nie.... dłubnąć czerwca.
I oto mam już swój czerwcowy fragment pracy:
Więcej, mniej tudzież inaczej tutaj.
Mam jeszcze plany na ten tydzień - może wreszcie i u mnie będzie bardziej robótkowo :)
niedziela, 7 marca 2010
Archiwum: Urosła
Spieszę donieść, że należy już teraz spodziewać się wiosny, gdyż choinka dłubana UB została dziś o 18 definitywnie skończona. Zdjęcia są choć ciemno i wilki wyją. A ja wyję bo na końcu metalizowaną wyszywałam i jeszcze mi wszystko w środku z nerwów chodzi! Jeju, jak ja metaliwoanej nie cierpię. I to nie jest takie sobie "ot, nie lubię". To głęboko zakorzeniona nienawiść do tego rodzaju nitki. I kropka. A przede mną hafty z większą ilością takich "rewelacji" .... Buuu..... No nic, na razie nie myślę. Oto choina:
wraz z detalami:
wraz z detalami:
Parametry techniczne:
- 64 cm wysokości,
- 10,5 cm szerokości
- aida 20" kremowa (ecru?)
- mulina pojedyńcza nitka Anchor + metalizowana złota DMC
- Zaczęłam po Świętach Bożego Narodzenia 2009 i skończyłam dziś: 7.03.2010
Choinka ostatecznie mi się podba, ale nie powaliła mnie na kolana. To chyba kwestia klucza kolorów: wg mnie nie był trafiony, choć ORYGINALNY. Zalecane wg producenta muliny do wyszywania to "V+H". Nigdy o nich nie słyszałam, zatem nie umiem nawet pogdybać "co by było gdybym" miała te muliny. No i w trakcie pracy okazało się że dwa odcienie zielenie i dwa brązy były do siebie tak zbliżone, że ostatecznie wybrałam bardziej skrajne odcienie. W innym przypadku już w ogóle nie byłby widać listków zielonych na wiankach na choince (zlałby się...) a szyszki na czubku wyglądałyby jak plama, czyli jak szyszka w środku czerwonej gwiazdy.
Żeby mi nudno nie było, do tego wszystkiego uczę się koronki klockowej. Drogą kupna zanabyłam 30 klocków, w sobotę spotkałam się z Dziewczynami i zaczęłyśmy. I oto efekty pierwszego przewracania klockami. No dobra - to żadna tam gipiura, ale pierwsze ruchy klocków już mam za sobą. Na początku płócienko: potek skręcenie nici wiodacej i mamy ażurek:
a potem skręcenie nici pionoweej oraz wiodaceji jest siateczka:
a w całości to jest .... pijana zakładka, bo dzięki zwiększaniu komplikacji wzoru, powiększała się powierzchnia (szerokość) koronki. Oto kilka centymetrów prób w całości:A teraz chętnie przygarnę jakieś malutkie i nieskomplikowane wzory koronki klockowej, aby spróbować wykonać coś innego niż tylko ... pijaną zakładkę ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




