sobota, 31 grudnia 2011

Do Siego Roku!!!

Moje Miłe!

Chcę Wam życzyć po prostu Szczęśliwego Nowego Roku! A już Wy wiecie CO ma się wydarzyć żeby był szczęśliwy. Tak więc: niech Wam się spełni :)

Happy New Year!
Boldog Új Évet Nektek!
Gott nytt  år!
Felice Anno Nuovo! 
Счастливого Нового Года lub С Новым Годом! 
Glückliches Neues Jahr!
Bonan Novjaron!
Bonne Année!



Troszkę na sportowo bo w końcu czeka nas nie tylko  EURO 2012 ale i Olimpiada letnia w Londynie :)
 
Będę pić z Wami godzinę później gdyż właśnie w olimpijskim mieście na Trafalgare Square szampańska zabawa się szykuje z przepięknymi fireworks. 

Bawmy się dobrze!

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Wyjątkowe Święta

Nie muszę Wam mówić że Święta są wyjątkowym okresem. Widać to po blogach, ostatnich wpisach, zdjęciach. Przygotowania, klimat, spotkania, Rodzina ....
Właśnie: najbliżsi.
Dla mojej Rodziny te Święta były zupełnie inne.
Po 5 latach podróży, Wigiliach z pustym krzesłem wrócił.
Wrócił dokładnie w Wigilię. Przyjechał rowerem z Przylądka Igielnego /hi, hi ale to brzmi abstrakcyjnie!!!/
Wrócił i zasiadł z nami przy wigilijnym stole.
Kiedy wyruszał  5 lat temu w zasadzie trudno mi było uwierzyć w to co mówi: dookoła świata? Ale jak to? Tak po prostu? Sprzęt, trochę pieniędzy i już? To wystarczy? Konsumpcja ze mnie się wylewała.
Nie.... to niemożliwe. Za rok wróci.
A tymczasem nie wracał.  Pieszo, samochodem, rowerem, na łódkach, samolotami też. Jednak najczęściej pieszo przez 41 krajów, 125 tyś kilometrów.

Teraz sobie myślę: zobaczył kawał świata, przeżył coś czego nikt Mu nie zabierze, ma wspomnienia, niesamowite przeżycia i doświadczenia za sobą. Trudne chwile też w dorobku: choroby, tygodnie w szpitalu w Kamerunie, pot i krew.
Tak Paweł podróżował:


 Polska, Warszawa - Nepal, wpisy Pawła na blogu  TUTAJ

Nepal - Przylądek Igielny, RPA; wpisy Pawła na blogu TUTAJ 

Afryka rowerem; wpisy Pawła na blogu TUTAJ


Był i jest w Polsce. Punkt wyjścia, zero. A za tym punktem 0 jest 5 lat podróży.

Życzę Wam na te Święta żebyśmy wszyscy wrócili i dotarli do celu. Odnaleźli siebie, odważyli się realizować marzenia, abyśmy tego życia nie "przetrwali" ale przeżyli je pełną piersią i wspierali tych którzy mają pasję.


~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

P.S. Kto ma ochotę zobaczyć rower  i posłuchać Pawła to zapraszam 27 grudnia do "Pytania na śniadanie" w TVP2 o 9.20.
I potem: 31 grudnia 2011, "Kawa czy herbata" o godzinie 9 rano w TVP1.

I dodatkowo materiał już wyemitowany w TVP Info: TUTAJ LINK
Na Facebooku: Paweł Kilen i tutaj.

sobota, 17 grudnia 2011

Filcowe trojaczki

Czas skandalicznie szybko ucieka.
W tym tygodniu w czwartek zdałam sobie sprawę że Święta już za tydzień. Znowu intensywne chwile w projekcie nadeszły co wiązało się z tygodniowym przygotowaniem, potem tygodniowym wyjazdem i teraz rewizją założeń.
Niespodziewanie dla mnie samej /bo jak zabierałam półprodukty to nie wierzyłam że znajdę choć minutę na robótki/ przez ten tydzień wyjazdu urodziły mi się trojaczki: new baby birds.
Nie mogłam oprzeć się okolicznościom przyrody w których powstawały i tak zostały uwiecznione na drzewkach już ozdobionych świątecznymi lampkami. W temperaturze 32 stopnie i wilgotności niemierzalnej acz bardzo wysokiej.




Najbardziej jednak powalające są takie obrazki: od 3 grudnia w hotelu 24/7 przez megafony nadawano TYLKO świąteczne piosenki. Dekoracje jak widać: na bogato zielono-czerwono.  Zderzenie z temperaturą na zewnątrz ... szokujące. Dwa tygodnie przed świętami uroczyste rozpalanie choinki, poprzedzone godzinnym występem chóru śpiewającego całkiem znane nam kolędy.

W tym tygodniu już w normalnych i ludzkich warunkach temperaturowych siadłam do choinek filcowych.
Zrobienie ich sprawiło mi prawie tyle samo przyjemności co uszycie ptaszków.
Dzisiaj je kończyłam siedząc sobie w piżamie i z kawką.... Cudnie było!




... aż wreszcie są. Stoją sobie dumnie króliki w choinkowym lesie.



Oczywiście króliki nie są mojego autorstwa.
Zarówno ptaszki jaki i choinki już mają przeznaczenie. Ciekawe tylko czy jak je nadam w poniedziałek to czy dojdą przed świętami? Sprawdzimy.

Czas szykować się do świąt: pierniczkownie czas zacząć. Ale to może jutro???  A dziś jeszcze powyszywam?



Cieszę się że obrazek ze staroci Was urzekł - miałam chwile zwątpienia i myślałam już sobie "ale rupieć" kupiłam za grube pieniądze. Bo na starociach jakoś nigdy nie trafiam na nic za złotówkę. Albo nie te starocie odwiedzam co trzeba.
Padło pytanie o cenę obrazka.... Boję się przyznać bo pewnie większość z Was puknie się w głowę że upadłam na łeb.
Mimo to nie żałuję nawet jednej złotówki bo cały czas nie mogę się na niego napatrzeć.

sobota, 26 listopada 2011

Pewnego dnia na starociach

.... spacerowałam sobie między szafami szukając niskiego taboreciku. Znużenie, zniechęcenie i tylko jedna myśl wirowałam mi w głowie: dlaczego ja wtedy nie kupiłam TEGO taborecika?? Miał wyszywaną gobelinowym tapicerkę, w kwiaty. Za jakieś śmieszne pieniądze. Odwiodło mnie tylko to że był świeżo odrestaurowany i niestety na ...złoto.... Minęły ze dwa miesiące a ja wciąż żałuję :(
Idę więc niestety między szafami (kie licho mnie tam pognało?) i nagle jest.
Nie taborecik.
To co zobaczyłam to rękodzieło najwyższej klasy: precyzja wykonania i materiału. Maleńkie koraliki, różnorodność ściegu, elegancja i czystość wykonania.


Jak tylko go zobaczyłam wiedziałam że musi być mój. MÓJ i koniec kropka. Nie zachowałam się racjonalnie. Szybko nabyłam drogą sprzedaży-słabego targowania-kupna poniższe cudo.
 

I trochę detali:

 
 
 
Wymiar haftu 14 cm x 17 cm.
Materiały: koraliki w kilku kolorach, wełna, innych nici nie znam.  

 Podkład na którym wyszyty jest motyw nie jest tkaniną. Jest raczej perforowanym grubszym papierem.
Te fantastyczne jesienne kolory wełny od tyłu obrazka są ... wściekle kolorowe. Wręcz jakby zupełnie innymi wełnami była wykonana strona prawa i lewa!
Koraliki mają wielkość Petit Mill Hill. Maleńkości których nigdy nie widziałam na polskim rynku. Jest kilka ubytków w koralikach ale nie jest to aż tak bardzo widoczne. Ma posmak wieku i historii. Poza tym naprawa wydawałaby mi się profanacją.
Sam obrazek od tyłu był podklejony tak starym papierem że ten się złuszczył.

Pass wygląda na oryginalne (z czasów powstania /oprawy haftu). Niestety nigdzie nie doszukałam się żadnej daty (Dziewczyny wyszywajcie daty i inicjały na swoich pracach!!!!!!!!!!!!!!)

Chętnie przygarnę wszelkie wiadomości dotyczące zastosowanych technik i materiałów.

A na razie oczu nie odrywam od tego cuda. Bo nie tak motyw mnie fascynuje (domek..) jak perfekcyjne wykonanie.

sobota, 19 listopada 2011

poniedziałek, 7 listopada 2011

Co raz bliżej Święta

Co raz bliżej Święta, co raz bliżej Święta....
choć za oknem jeszcze jesień.

Materiał: Len Zweigart Newcastle, 40ct Antic White
Mulina: ręcznie farbowana mulina Niny, Rose Tea
Koraliki: Petite Seed Beads  Mill Hill Beads


Wnioski: mam o jeden kolor koralików za mało. Trza robić zakupy za małą wodą. I muszę poprawić środek drugiej bombki. 
Więcej wniosków niż innej treści ;)

sobota, 29 października 2011

niedziela, 23 października 2011

Królicze jajo

Zaległości ogromne jak góra lodowa o którą rozbił się Tytanic.
Nie, nie. Nie stoję romantycznie na dziobie w rytm piosnki Celinki. Wręcz przeciwnie: czuję że już nabieram wody bo rozbiłam się o 24. Godziny.
Nic to. Podtrzymajcie mnie na duchu i dam radę.

Króliki Elisy Tortonesi- Siess skończyłam w połowie sierpnia, zdjęcia nawet nie pomnę kiedy wykonałam. Żal tylko że na słońce nie trafiłam.
Wzór mnie zauroczył już dawno temu i bardzo pasował mi do niego naturalny len i jasna mulina. Ale nie chciałam znowu  powtarzać kolorystyki samplera.
Zdecydowałam się zatem na muliny Niny i wspaniały len 40 ct.
Wyszywałam używając jednej nitki muliny, krzyżyki obejmowały dwie nitki tkaniny.
Niniejszym ogłaszam to co powtarzam już niejednokrotnie w mniejszym gronie: JEDNĄ NITKĄ MULINY WYSZYWA SIĘ BOSKO.

Życzę każdej hafciarce aby zaznała tego szczęścia.

Czego się nauczyłam: mulina miała zbyt duże kontrasty i dość długie przejścia kolorystyczne. Stąd króliki wyszły w paski. Następnym razem będę wycinać ciemniejsze lub jaśniejsze fragmenty aby zbalansować kolor i utrzymać jednolitą kolorystykę.
Na pewno wyszyję jeszcze jedno jajo. I znowu zrobię to cieniowanką, tylko mądrzej :)

Haft sobie poczeka na Wielkanoc 2012 z oprawą. Na razie idzie do szuflady.

Elisa Tortonesi - Siess: Hasen Ei

 Fabric: Newcastle Linen, 40 ct, Anitc White
Thread: Nina's hand dyed thread Crimson Fire
1 thread over 2
 

niedziela, 9 października 2011

Niedziela jak urlop

Oł mam... ostatni post sprzed miesiąca. PKP (=Pięknie Kurde Pięknie). Nie żebym narzekała ale mam wrażenie że latałam na wysokości lamperii.

Po pierwsze: nie wszyscy mają świadomość że rusza znowu zabawa świąteczna: Świąteczny SAL.
Miałyśmy już dwie edycje:
W tym roku mamy już trzecią zabawę, a więcej szczegółów znajdziecie na blogu "Świąteczny SAL 2011".
Tam też znajdziecie obrazki które w tym roku wygrały głosowanie i które będziemy razem tworzyć.

Mile zaskoczyła mnie liczba chętnych: zgłosiło się 100 Uczestniczek! Jeszcze do tej pory tyle nas nie wyszywało. Na pewno finalnie będziemy cieszyć się kilkudziesięcioma pracami! Zapraszam Was do motywowania Dziewczyn na blogu :)

Po za tym że górę czasu wieczorami zajęła mi obsługa zabawy to jeszcze intensywnie pracowałam przez trzy tygodnie z biura innego niż macierzyste warszawskie. Wyjazdy służbowe mają to do siebie że robi się na 100% ten temat który sprawia że jesteśmy właśnie poza biurem. Inne tematy (w moim przypadku 4 inne projekty) i dokumentologia musiały czekać na wczesne godziny poranne lub nocne. No a przecież jak się jest w ciekawym miejscu to wypadałoby jeszcze wyściubić nos poza biuro i hotel (to w soboty i niedziele między 4am a 6pm). Skutkiem czego sen stał na miejscu 4. Nie wspomnę o książce czy o robótkach.
Wróciłam szczęśliwie do domu w piątek w południe (16 godzin podróży) i pierwsze kroki z lotniska wprost skierowałam do fryzjera. Tąpnęło mną w podróży że jak nie pójdę do fryzjera natychmiast to JAK JA PÓJDĘ NA WESELE w sobotę???
Wesele się udało, potańczyliśmy do ostatniego kawałka. A dziś cudnie... Mam wagary :D Wstałam po południu, śniadanko na mnie czekało, kolacyjka wyjściowa, pranie się robi, podłogi pomyte...
Jak ja się cieszę że jestem w domu!
Nawet dziś igłę do ręki wzięłam :)
I w całym tym szczęściu nie specjalnie mnie martwi że w piątek i sobotę i dziś nie poszłam do szkoły - po prostu doby już nie wydłużę.


A zdjęcia z ciekawych miejsc pokażę. Jak nauczę się je na .jpg przerabiać z głową ;)

piątek, 9 września 2011

SAL AD 2011 ?

Jak obiecałam jest o dziergadełkach. Choć po prawdzie to nie o moich jeszcze ale o tym co będziemy dziergać razem w tym roku.

Bo będziemy prawda?

TUTAJ są szczegóły

Do końca września wybieramy dwa wzory które będziemy wyszywać - do wyboru.

wtorek, 6 września 2011

Nie mogło być bardziej leniwie

Oczywiście cynik ze mnie wyłazi okropny. Leniwie to było przez całe wakacje ze Znajomymi, przy grilach, kociołkach, babskich plotkach i innych atrakcjach.

Jak zwykle zabranie Mamy na działkę spowodowało silny przypływ mobilizacji w pracy nad urządzaniem ogrodu. Pani Matka mnie kiedyś zamorduje swoją energią. Jej najlepsze pomysły przychodzą w godzinach porannych. Na nieszczęście dla mnie dotarliśmy na miejsce właśnie w godzinach porannych.
Popatrzyła, pomyślała, pokręciła głową, przerozmawiałyśmy i już za godzinę pędziłyśmy po rośliny.
Na Panów nie było co liczyć. Szybko odpalili testowanie wyrobów lokalnych browarników.  W końcu mają wakacje, czyż nie?

Nabytki to dwie cudnej urody sosny bośniackie Pinus heldreichii (podobno Satelite), trzy cyprysiki albo tuje (odmian nie zanotowano), trzy jałowce chińskie (odmiana Blaauw lub Shimpaku niestety nie podano w szkółce odmian :( ) i zwykły ordynarny świerk. Ale za to tak urodziwy i niedrogi że się skusiłyśmy.

Debatowałyśmy dłuuugo nad tym jakby je tu umieścić (a na cóż plan ogrodu? Phi! Żywioł to jest to!). Pani Matka nalatała się z sosnami i w końcu stanęło na zaznaczeniu łukiem ścieżki od bramy (jeszcze cały czas tymczasowej) w kierunku domu.
Już nie mogę się doczekać kiedy urosną ....


Przebudowałyśmy wrzosowisko założone dokładnie rok temu, bo trzeba było. Niestety wyleciała sosna Globosa Viridis zanabyta w zeszłym roku za ciężkie pieniądze (prawie dwie stówy!!!). Cała zżółkła i umarła. Jak ją wykopałam okazało się że nawet nie ukorzeniła się przez ten rok. Czyżby błąd w szkółce? Nie wiem. No bo aż trudno uwierzyć żeby sośnie w lesie było źle .... :(
A do tego po zimie wyleciały mi trawy, aż cztery sztuki w sumie.
Nic straconego. Posadziłam więcej wrzosów :D
 
 
Druga sosna wylądowała blisko brzegu rabaty. Kiedyś będzie dawała cień na ścieżkę i wejście na taras.
Świerk stanął koło bramy. Katować zdjęciem nie będę.

Piękne są wrzosy, prawda?

A na zakończenie pozdrawiam kwitnącym rododendronem. Zupełnie jak w zeszłym roku ;)


Kończę przydługi post. Coś mi się zdaje że będę musiała sobie założyć osobny blog na ogródkowe przygody. Traktuję te wpisy jak dziennik i kalendarz. Często wracam i porównuję, sprawdzam daty i inne wpisy. I mieszam z robótkami.

Następnym razem będzie już o dziergadełkach. 

niedziela, 28 sierpnia 2011

Na Novo

Dawno nic nie pisałam o Novej. Bo i zacięłam się, szło bardzo powoli. Nasz zlot czarownic zaowocował  jednak przełamaniem niemocy wszechrobótkowej.  No i jaki wniosek? Zloty po prostu SĄ EFEKTYWNE!

Do tego stopnia że tydzień temu zrobiłam wycieczkę objazdową swojej niemobilnej pracy. Zabrałam ją na działkę i pracowałam dzielnie. A nawet zrobiłam Pani Novej sesję.

Znalazłam nawet niezwykłą jak dla mnie pozycję do pracy. Do tego stopnia dla mnie niespotykaną że aż musiałam ją utrwalić.  I wiecie co??? Wygodnie mi było!



Poranna kawa musi być. Taką magiczną serwetą wita mnie i kawę poranek w kuchni.....
Zazdrostka produkcji mojej Mamy

Kawa od razu smakuje bajkowo.

Miłego tygodnia!

niedziela, 21 sierpnia 2011

Sierpniowe wieczory i poranki

czasami ma się szczęście spędzić w towarzystwie nie tylko swojego Osobistego.
Wyrwałyśmy ze stolicy w piątek popołudniem a wieczorem dopadłyśmy domku na Grabinie. Z góry upatrzone pozycje w okół wspólnego stołu, kolacja, pogawędki, radość nieschodząca z oblicza. W końcu po opróżnieniu 'buteleczki' wina obrałyśmy strategiczne miejscówki łóżkowe. Było późno ;)
W sobotę Dziewczyny zajęły strategiczne miejsce robótkujące i przemeblowały mi chałupkę: kanapa wylądowała frontem do tarasu
 a Jola i Madziula zyskały miejsca z widokiem na las.
Nie na długo. Zaraz dołączyła moja Mama i zaczęła się nauka robienia na drutach.
Choć Madziula nie planowała nauki drucenia to nie mogła się oprzeć trzem Gracjom i dołączyła.
Małe przemeblowanie i już Dziewczyny siedziały w zupełnie innej konfiguracji i dłubały pierwsze oczka. Cóż za skupienie!
 Yenulka, Naila , Mama Aploch i Madziula

A za chwilę!?!? Jest ! Wyszło!!! Miny już odzwierciedlają ten stan upojenia :D
Madziula i Aga trenowały. 
Moja Mama robiła Himalayą Padisah, śliwkową. Do nocy zrobiła kilka powtórzeń schematu, o 1 w nocy spruła do zera i od 6 rano następnego dnia kontynuowała. Wiem z rozmów z Mamą że dzielnie walczy (aktualnie dwa tygodnie w Bieszczadach) i będę  miała szal :D
Jola trochę pokombinowała ale wreszcie znalazła coś dla siebie. A konkretnie dla siebie i dla uwypuklenia pięknej włóczki z dzikich ostępów. Zresztą poczytajcie u Joli na blogu skąd włóczka przyjechała :) Koniec świata!
Mama i Aga pojechały w niedzielę niestety :(
A my pełnie energii zrobiłyśmy kolejne przemeblowanie (i tym razem wpadłyśmy na fantastyczny pomysł użycia samowyzwalacza ;) )
Moje króliki dostały speeda i podgoniłam je. Również Madziula porzuciła druty na rzecz wieńca swego:

I tak w nastroju drutująco-krzyżykowym dotrwałyśmy do Kociołka. Jola dzielnie podniecała ogień, ja strugałam Joli kołki na głowie że wygasa i skutkiem tego jadłyśmy skwarki ;)

Było pięknie: towarzystwo, robótki, rozmowy, gotowanie wspólne, wędrówki z fotelami w poszukiwaniu cienia bądź słońca - zależnie od potrzeb. Luz i spokój. Muzyczka w tle. Cisza w której było słychać tylko ptactwo i stukanie drutów. Skupienie na twarzach.
Tyle się działo że nie pamiętałyśmy nawet o robieniu zdjęć. Przecież jeszcze Aga wyszywała swój Golden Pavilion, pokazywała nam pięknego hardangera, Jola prezentowała sutaszowe dzieła i Szeherezadę którą rok wcześniej też na Grabinie dziergała, Madziula robiła koralikową bransoletkę, którą skończyła! A zdjęć większości brak!

To był niezapomniany weekend.
Dziewczyny Dziękuję Wam i cieszę się że mogłam Was gościć!

Do spotkania za rok!

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Dubai come back

Jola twierdzi że TO trzeba zobaczyć.
No to pokazuję. Nie będę się kłocić, nie?

Dziś krótkie nawiązanie do wizyty w Dubaju a przede wszystkim wizytancja w Dubai Mall która zaowocowała niespodziewanie oglądaniem jednego z największych akwariów świata (Dubai Aquarium, rekord księgi Guinessa w 2009r. ) .
Gdybym miała świadomość że w galerii jest akwarium nie wybrałabym się do niego celowo. Ponieważ przez galerię szliśmy do słynnych fontann, po drodze trafiłam w to niesamowite miejsce. Spędziłam tam około 3 godzin. I jak teraz czytam to co napisałam (z perspektywy kraju) to pewnie znowu uważałabym że ktoś kto tam był przesadza.
Niestety byłabym w błędzie.
Akwarium to niesamowita atrakcja!
Poza olbrzymią ilością płaszczek i innych rekinów białych i młotów poniżej te najbardziej znane potwory. Pływające nad moją głową. 



Po akwarium oglądałam widowisko światła i dźwięku w fontannach zlokalizowanych pomiędzy Dubai Mall i Burj Dubaj (najwyższy budynek świata).
Dubai Fountain to miejsce w centrum miasta zbudowane absolutnie sztucznie w celu zabawy gawiedzi i bawienia tłumów przybywających na zakupy w Galerii. Ot, taka karuzela z konikami dla każdego. Niestety jakość ręczna gdyż filmy zostały zarejestrowane na mało profesjonalnym sprzęcie (aparat fotograficzny) o 22:30 i 23:00.
Pierwszy pokaz to Whitney Houston  a drugi to lokalny, arabski kawałek.
Miłego oglądania!



sobota, 30 lipca 2011

¿Hmmmm?

No nie.
"Sklepik z Niespodzianką" nie powinien się skończyć jak się skończył.
To nie fair. Taka zagwozdka na koniec że o mało nie spadłam z krzesła.

A kolejny tom z serii dopiero na wiosnę 2012.

Nie zgadzam się, nie kupuję tego zakończenia.


Do Kejt M. (jeśli to kiedyś przeczyta)

Ale dlaczego Anna Potocka? I to w takiej chwili? 
?????????????



Jestem Jednym Wielkim Znakiem Zapytania od dziś do następnego tomu. Chyba napiszę do Autorki i wydawcy żeby się trochę pospieszyli.

sobota, 23 lipca 2011

To nie tak że nic nie robię

tylko jakoś czas mi się kurczy. Daleko mi do igły. Jak nie praca, to wyjazdy, przyjazdy i latanie. Po Nowym Roku będzie lepiej.

A tymczasem chwytam za książkę.
"Lato w Jagódce" łyknęłam w jeden weekend a teraz dopadłam "Rok w Poziomce". "Teraz" to znaczy dziś przed południem.
Niestety skończyła się. Książka jest krótka. Za krótka. Spłakałam się, uśmiałam, wzruszyłam. Zrelaksowałam...

W tym tygodniu również skończyłam "Białą królową" Philippy Gregory. To już kolejna książka tej historyczki i specjalistki od czasów Anglii Tudorów. Polecam wszystkie książki! Traktują o kobietach twardych, zdecydowanych, ambitnych, wykazujących się niezwykłą intuicją i sprytem aby w czasach męskich rządów osiągać to co chcą.

A na tapecie zaraz będzie "Sklepik z Niespodzianką" również Kejt Em i "Czerwona królowa" Philippy Gregory. Tym razem o Małgorzacie Beaufort, przeciwniczce tytułowej Białej królowej. Ciekawa jestem jak z perspektywy twardej i zdesperowanej Małgorzaty wyglądały rządy Edwarda i Elżbiety Woodville.


I ot. Sobota dobiega końca.
Idę po herbatę i po książkę.


Pa!

poniedziałek, 18 lipca 2011

Pieśń przyszłości czy dzień dzisiejszy?

Tak się zdarzyło że mnie nie było jakiś czas tu. Za to nawet dość długo byłam gdzieś. W miejscu tajemnym, pożądanym, będącym synonimem luksusu, bogactwa, szaleństwa.
Powiem tylko że zaskoczyło mnie, powaliło, obezwładniło. Miasto. Nowoczesne, nieprzewidywalne, sen wariata. Wygląda jak z filmu który zaczyna się od napisu: "Rok 2075".
Wyprzedza pokolenia.

Tu mój hotel na granicy wieżowców i plaży (centrum miasta).... 

 

Nie potrafiłam zrobić zdjęcia stacji metra (z taksówki nie mieściła się w aparacie, a na piechotę tam się po prostu nie da dojść: brak chodników). A właśnie w projekcie metra zakochałam się. Oto pożyczone zdjęcie. Czyż stacja nie wygląda zjawiskowo???
W tle najwyższy budynek świata Burj  Dubai.
A poniżej w budowie kolejny sen wariata: budynek którego dach jest przekręcony o 90 stopni w stosunku do ziemi.... I te dźwigi na dachach. Ściągają je helikopterem??? Podobno 15% dźwigów na świecie zlokalizowanych jest właśnie w Dubaju. Nie wiem - nie liczyłam, ale jestem w stanie uwierzyć.

 

Był i czas na pluskanie w Zatoce Perskiej.
Jak widać poniżej: obok nowoczesności zderzenie z tradycją. Wielbłąd turystyczny i kobiety w czadorach.

Zresztą tych zderzeń chodziły pełne ulice, pachnące perfumami i parkujące Porche i Ferrari na granitowych chodnikach i podjazdach hotelowych......

Pierwszy raz cywilizowane miasto dnia dzisiejszego tak na mnie zadziałało. I nie ważne że w ciągu dnia temperatura była bliska 50stopni C w cieniu a w nocy spadała tylko o kilka stopni.

*
*               *

Co zostanie z niego gdy skończy się ropa? Co się stanie za dwadzieścia lat gdy trzeba będzie je utrzymać w dobrym stanie?
Teraz w Dubaju nikt o tym nie myśli. Najważniejsze że turyści jadą, biznes kwitnie.
A ja wracam do mojego kochanego kraju, który niestety zdaje się być wioską średniowieczną przy tym co tam widziałam.