czwartek, 13 kwietnia 2017

Białe na białym

... i nie. Nie wylądowaliśmy w środku zimy.
A wręcz przeciwnie: wiosną.
Bo moja Mama jako rogaty znak zodiaku spod Barana pochodzi i właśnie okrągłe 18-ste urodziny obchodzi.
W związku z tym postanowiłam obdarować Ją własnoręcznym prezentem czyli poduszkami wypikowanymi z wolnej ręki.

Mama moja jest zwolenniczką tradycyjnych zawijasów i piór i innych tego typu ornamentów.
Stąd wybór padł na jakże tradycyjne zawijasy. Nie ma co ukrywać że za tego typu wyborem stoją też osobiste pobudki moje.
1. Naoglądałam się na Pintreście podobnych poduszek
2. Chciałam się zmierzyć z tematem i poczuć się chociaż przez sekund kilka Wiesia
3. Chcę testować swoją maszynę ale nie przepadam za pikowaniem próbek.
Więc poduszki stały się idealnym obiektem  testowym.
Kiedy szyję coś docelowego zdecydowanie bardziej się koncentruję dlatego też nie chciałam robić testowej kanapki tylko od razu uszyć coś użytkowego.
I chociaż z biegiem czasu warsztat się poprawi to nie chcę trzymać takich prób w szufladzie bo nie są już tragiczne.

Technicznie: nie umiem szyć powtarzalnie zatem skorzystałam z serduszkowego gotowego szablonu od Ewy Kiltowo.
Te serduszka odrysowane na tkaninie dały mi zarys wzoru i są motywem wspólnym obu poduszek.
Również kratka jest elementem spajającym. Natomiast pozostałe motywy są już dobierane wedle własnej fantazji.

Prace były pikowane na maszynie domowej ze stopką z górnym transportem (kratka), oraz na przemysłówce z wolnej ręki. Te elementy które wymagały użycia linijki najpierw odrysowałam a dopiero potem z wolnej ręki wypikowałam po łuku. 




Nauczyłam się że decydowanie lepiej prezentuje się wzór skoncentrowany do 2/3 od centrum poduszki.
Wzory umieszczone na brzegu są już mniej eksponowane. 
Również pierwszy raz użyłam lamówki w poduszce i efekt jest fantastyczny. Na pewno lamówka wejdzie na stałe do mojego wykończenia poduszek.

Dane techniczne:
Tkanina: IKEA Ditta
Nici: Isacord góra  & Arena z bębenka
Rozmiar: ~47cm x 47 cm
Wypełnienie: bawełna 150g/m2 z Kiltowo
Szablon serduszek: Kiltowo

środa, 5 kwietnia 2017

Zakółczona


czy zakółkowana? Bo że zakręcona to na pewno nie. Ostatnio wprawiając się w pikowanie doszłam do wniosku że jestem łukooporna. Za żadne skarby nie wychodzą mi fikuśne zawijasy. Najwyraźniej będę skazana na kółka i inne nieskomplikowane linie proste.

Ale... gdzieś pomiędzy zaplanowanymi pracami oczywiście wpadł wyłom. Gosia Pawłowska (QuiltsMyWay) ogłosiła  zabawę Sew All Around  QAL 2017 i oczywiście pierwszy wzór który opublikowała do szycia tak mi podpasował że MUSIAŁAM (wiecie co to znaczy ;) ) po prostu musiałam go uszyć.
Poczytajcie o co chodzi bezpośrednio u Gosi.
A tu efekty szycia.

Lemon Juice Qiuilt






Dane techniczne:
Jak to zwykle u mnie żeby było prościej zrobiłam mix tkanin.  Przecież po co kupować gotowy zestaw.....

Ponadto Gosia dawała jasne instrukcje ile tych szpilek ma być. Ale u mnie jak zwykle jeż:

Niemniej dopłynęłam do końca z radością i nieukrywaną dumą z efektu jaki czyni top.
Teraz szarpnęłam się na niemal "magiczne" nici Aurifil.
I ciekawam czy same za mnie skanapkują i wypikują quilt ;)

wtorek, 14 marca 2017

Ubranie maszynowe

Czas na pierwszą pracę skończoną w 2017 roku.
Nie na darmo doszłam do wniosku że ten rok będzie rokiem UFOków.
Wreszcie mam chwilę i warunki na ukończenie takich szufladowych projektów.
Choć ten taki zupełnie szufladowy nie jest. Był w ciągłym użytku, niewykończony. 

A historia UFO sięga aż... 2014. Wtedy Karolina z B-Craft opublikowała swój autorski schemat PP maszyny do szycia. Zapałałam miłością od pierwszego wejrzenia - przecież to był mój Singer jak byk!

Również w tym czasie na mojej maszynie rozleciała się (dosłownie rozpadła w proch) plastikowa pokrywa. Postanowiłam uszyć motyw PP wg Karoliny i wkomponować go  w nowe przykrywadło do mojego osobistego Singera.

Szycie bloku było bezproblemowe.
Gorzej poszło z wkomponowaniem w wymyśloną pokrywę, ale i tutaj jakoś sobie poradziłam.
Potem pikowanie 
i sygnatura 2014:
Ostatecznie: cięcie żeby wymodelować kształt pokrowca. 

 
Trochę się naskakałam po podłodze....
Szycie i gotowe.
I w takim sobie oto stanie bezlamówkowym ochraniacz spełniał funkcję nieco ponad dwa lata.
Aż podczas przeprowadzki, albo raczej podczas urządzania swojego pokoju  odnalazłam lamówkę którą wtedy przygotowałam!
Odnalezionej już z ręki nie wypuściłam i natychmiast doszyłam.
Teraz praca jest kompletna i mogę uznać, że jest zakończona.


Na koniec: nie śmiać się proszę! 3 lata robiłam pracę a utknęła na lamówce.
Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień!


Tak to wchodzę już z pracami zakończonymi w 2017 roku.

sobota, 4 marca 2017

Aix galericulata na pomarańczowo oczywiście

Właśnie wróciłam z  wernisażu prac konkursowych i wystawowych "Pomarańczowo mi.." organizowanego przez Stowarzyszenie Polskiego Patchworku i Fiskars.
Jestem pełna emocji, radości, uśmiechnięta, wygadana, naładowana pozytywnymi emocjami! Dziękuję Wam za piękny czas!
Prace nagrodzone zrobiły na wszystkich ogromne wrażenie! Zapraszam do zapoznania się z wynikami konkursu i zdjęciami prac nagrodzonych  na stronie Stowarzyszenia: 
WYNIKI KONKURSU.

Wszystkim Autorkom prac gratuluję serdecznie bo stworzyłyście dzieła!
Ilość odcieni pomarańczowego, różnorodność stylów (artyzm, klasyka, modern), różnorodnść struktur - wszystko było. Będę smakować kolory jeszcze długo!

A ja? Ja też zgłosiłam swoją pracę. 
Na pewno znacie i widzieliście nie raz te kolorowe śliczności:
Mandarynki.
Właśnie te filigranowe, kolorowe cuda natury stały się dla mnie inspiracją do uszycia quiltu na konkurs.

Szycie go wymagało ode mnie podejścia do flying gees. A bardzo się do nich zraziłam wykonując pierwsze kroki w patchworku.
Teraz koncepcja była tak silna że przezwyciężyła niechęć i obawy. W sumie top szyłam kilka godzin.

Pikowanie to cała historia.
Sam projekt zajął mi dzień. Wykorzystałam do tego komputer, programy graficzne. I to było dobre! Bo pozwoliło mi spojrzeć na tę pracę z innej strony i wyznaczyć inne linie podziału niż gdy patrzyłam na samą pracę.
Pikowanie sprawiło mi bardzo dużo radości. Zarówno sama praca jak i uzyskiwany efekt.
I nawet mój mały Singer nie zbiesił się przy tej pracy a był najsłabszym ogniwem całego planu.

Tak powstały kaczki. Chociaż w konkursie nie zrobiły wrażenia na jury ani na głosujących to dla mnie nadal są top one!
Podczas wernisażu usłyszałam wiele bardzo miłych słów i tym razem skromna nie byłam. Pękałam z dumy :D 








Dane techniczne:
Rozmiar: 72 x 72 cm
Tkaniny: solidy polskie & Kona
Wypełnienie: poliester 180g/m2 z kiltowo.pl
Autor wzoru i pikowania & wykonanie: Aploch

czwartek, 23 lutego 2017

Pocztówki ze Szwecji

i nie chodzi o podróż, choć tę chętnie bym odbyła.
Ten post będzie miał duuużo zdjęć. 

We wrześniu uszyłam top Pocztówek. I zgodnie z zapowiedzią zdążyłam go skończyć na Jasia urodziny, czyli na 14 października :D

A było to tak: termin goni, ja nie mam warunków do skończenia (czasy mieszkania jeszcze).
Zatem doszłam do porozumienia z moją Mamą iż u Niej na salonach wykończę quilt.
Zapakowałam cały majdan szyjący, włącznie z moim osobistym żelazkiem wielkiej mocy.
Otorbiona stałam przy windzie kiedy zadzwoniła Agnieszka z Wytwórni Śliczności i w krótkich żołnierskich słowach zażądała natychmiastowego stawienia się z żelazkiem na Pradze.
Normalnie telepatia..... Zamiast do Mamy pojechałam na Pragę.
Akurat ktoś pikował na longarmie więc poczekałam. A potem nadziałyśmy mój top na ramy i w godzinę z okładem wypikowałyśmy.
Domyślacie się że samo skanapkowanie zajęłoby mi tyle czasu a pikowanie na domówce trwałoby cały dzień jak nic.
Longarm zbawiennym jest. I szczerze polecam bo oszczędza kolana, nerwy i czas.

Ostatecznie zdążyłam z lamówką i na 4 urodziny mój Jasiek, wielbiciel kolorów, dostał "Postcards from Sweden" z małą modyfikacją ode mnie. Ta modyfikacja to jeszcze jeden rządek bloków, na samym dole.
Dlaczego?
Bo zostały mi bloki z szycia quiltu i postanowiłam dobić do rozmiaru 2m. Bo każde porządne dorosłe łóżko ma rozmiar 2m. Zatem potraktowałam quilt rozwojowo. A jak Jasiek "wyrośnie" z kolorów (co jest wielce prawdopodobne) przygarnę go dla siebie i nie oddam!!!!

A teraz uwaga: dużo zdjęć. Bo kocham te kolory. I kocham ten quilt.


  











Dane techniczne: 
Rozmiar:  155 x 200 cm.
Materiały: Kona solids; kompletowanie w kilku sklepach w Polsce i UK.
Bloki:  192 HST o rozmiarze 5,5"  
Wypełnienie: bawełniane 150 g/m2 z Kiltowo
Plecy: tkanina BRITTEN NUMMER z IKEA 
Pikowanie: z wolnej ręki, na longarm Bernina; Agnieszka z Wytwórni Śliczności & mła.

A tutaj w użyciu codziennym:
Wraz z poduszką z którą się nie rozstaje. Tutaj o tym jak powstała.

niedziela, 19 lutego 2017

Kilka słów i kalendarz nr 2

Jeszcze tak długiej przerwy na blogu nie miałam. 8 grudnia - 19 luty - ponad dwa miesiące!
Wydaje się że tylko dwa a ileż się wydarzyło w tym czasie.

Ostatni kwartał roku angażował nas mocno w domu  - to nie ot takie sobie wytarte stwierdzenie  - nie co rok człowiek kończy budowę. A my byliśmy na tym właśnie etapie.
W końcu, po wielu perypetiach i (jak to często bywa) przeprawach z wykonawcami ostatecznie 20 grudnia rozpoczęliśmy przeprowadzkę do nowego domu, zwieńczoną Wigilią rodzinną.
Przyznam, że gdyby nie obie Mamy i ich wydatny udział w przygotowaniu kolacji zginęlibyśmy z kretesem i podali chyba bułki z dżemem. Lub ewentualnie makaron z serem i śmietaną ;)

Pierwsze tygodnie po przeprowadzce to  była walka z mrozem i naszą instalacją grzewczą którą konfigurowaliśmy w locie, testując jej możliwości na naszej osobistej skórze.
Co skończyło się zakupem kilku ciepłych kamizelek i bezwzględnym zakazem chodzenia na bosaka.

Teraz temperatura w domu zaczyna się stabilizować na przyjemnym poziomie a my jesteśmy już w coraz mniejszym stopniu zaskakiwani różnymi niespodziankami ;)
Nawet Kocica, po 3 tygodniach męki siebie i nas, w końcu otrzaskała się z nowym miejscem. Wykurował się jej system trawienny i wreszcie przestała miauczeć w nocy (przez pierwsze trzy noce Pan domu oprowadzał ją po domu ... jak na spacerze :D )


Tak więc finalnie, "już" po około 5 tygodniach ukończyliśmy przeprowadzkę z mieszkania zabierając ostatnie pokłady ubrań i butów oraz innych "niezwykle-potrzebnych-nagromadzonych-latami-przydasi". Zwaliliśmy to wszystko do  kartonów i teraz łapiemy oddech finansowy żeby zamówić szafy.

Ponadto nasze myśli a moje fizyczne siły już od około października zaprzątał dodatkowy temat a mianowicie Drugi. Drugi pojawi się w maju/czerwcu. I cieszę się że dopiero wtedy bo mam jeszcze kilka miesięcy względnego spokoju na realizowanie projektów szyciowych w czasie gdy Jasiek dzielnie uczestniczy w zajęciach przedszkolnych.

Ale pomimo tak napiętego czasu prywatnego  + regularnej pracy, szyłam i nie poddawałam się. Teraz czas na kilka publikacji tego co wydarzyło się w tzw "międzyczasie".
Nowy rok będzie dobry szyciowo (tak sobie życzę) bo będzie obfitował w prace wykończone.
Po pierwsze wreszcie mam własny pokój do szycia  (youpi!!!!!) i tak zostanie jeszcze przez kilka lat. Po drugie te 2-3 miesiące zamierzam szyć. I nie żeby było inaczej.  Nie przewiduję innej opcji.
 Wyciągam z szuflad kolejne topy skazane na wykończenie a spakowane z powodu braku miejsca na zrobienie kanapki. Są też zupełnie nowe projekty. A i Żonę w końcu wyciągnę  - chciałabym podgonić ilość bloków.

Na pierwszy ogień idzie prezentacja Kalendarza nr 2.
W zasadzie, chronologicznie rzecz ujmując to był on pierwszy. Jednak z powodu tego iż kalendarz szyty jako Dwójka musiał natychmiast iść do ludzi, a w zasadzie Panienek, dostał pierwszeństwo sesji foto i wpis.
Jedynka, przeznaczona dla Jaśka mojego, czekała na sesję aż dwa miesiące.

Kalendarz adwentowy kupiłam już w grudniu 2015 w Seven Sisters. Niestety, w tamtym czasie nie zdążyłam go uszyć  - i tak była połowa grudnia jak go zamówiłam....
W roku 2016 postanowiłam ambitnie już w listopadzie wyciągnąć go na światło dzienne. I tak też się stało.
Przez ten rok straciłam trochę do niego zapał, zwłaszcza gdy zobaczyłam w ofercie Craftfabric cudnej urody kalendarze Dashwood Studio....
No trudno - kupiłam sobie kilka Dashwoodów do uszycia w 2017 roku ;) A tymczasem walczyłam z tym co miałam. 
Szycie było przyjemne, prawie wg instrukcji załączonej do panela. Prawie.
Otóż producent/projektant zalecał aby cały kalendarz uszyć w całości jako top, potem zszyć z wypełnieniem i plecami po brzegu , wywinąć jak podszewkę i myk, mamy gotowy kalendarz.
Uznałam że to bzdura.
Przy rozmiarze 50 x 50 cm, cokolwiek włożone do kieszonki będzie powodowało deformację kształtu kalendarza (odstawanie wierzchniej warstwy). A przecież wieszadło powinno stanowić zwartą całość!
Zatem nie bez żalu dokonałam modyfikacji. Przed przyszyciem kieszonek, najpierw zszyłam top + wypełnienie + plecy kilkoma przeszyciami (użyłam jako linii prowadzących drewniane "okiennice").
Dopiero do tak przygotowanej kanapki naszywałam kieszenie JEDNOCZEŚNIE pikując cały quilt.

W tej sytuacji po przyszyciu kieszonek, kalendarz/makatka był gotowy. Jeszcze lamówka i prezenty - niespodzianki zaczęły pojawiać się od 2 grudnia w kieszonkach.
 
Kieszonki są dość wąskie - ot na dwie gumy mamba najwyżej. Jednego cukierka. Nie mają zakładek jak w kalendarzu nr 1.
 Do tego złocenia które niekoniecznie są w mojej stylistyce. Trudno, przeżyłam. Lepiej skończone niż perfekcyjne.
Dane techniczne: 
Panel: RAPHAEL; sklep: Seven Sisters
Wkład: wypełnienie poliestrowe 180g/m2; sklep:  Kiltowo
Plecy: złote kropeczki na kremowym; sklep: Ładne Tkaniny

I to by było na tyle - jak mawia Tosia i Tymek, ulubieni bohaterowie Jaśka.

Pozdrawiam serdecznie z wygnania i powrotu blogowego :D

P.S. Zawsze jak robię podsumowanie materiałów na swoje prace widzę jaki mam misz-masz zakupowy. Podziwiam quilterki które potrafią uszyć quilt z jednej kolekcji wykonując zakupy w jednym sklepie.

czwartek, 8 grudnia 2016

Kalendarz nr 1


Tytuł w zasadzie jest jasny. Będzie również drugi kalendarz, jak zrobię zdjęcia.
Ten poniższy uszyłam dla Córek Koleżanki.
Pierwotnie miałyśmy szyć razem, ale paczka nie zdążyła przyjść na czas i ostatni termin wspólny minął.
Uszyłam sama, ale nie ominie Koleżanki szkolenie z szycia bawełny. Bo przecież nie można szyć dresówki cały czas i trzeba wreszcie zrobić krok w kierunku osiągnięcia kolejnego levelu.

Skończyłam w związku z tym na początku grudnia. Trudno. Jeszcze trzy tygodnie się przyda.
W końcu to trzy tygodnie słodyczy i innych przyjemności dla dzieci stanowczo wystarczy.
Festive Friends  z Craftfabric
 Tkaniny:
- panel Festive Friends (kupiony w Craftfabric)
- wypełnienie poliestrowe 180 g/m2 (kupione w Kiltowo)
- na plecy bawełna jasno szara z zapasów
- lamówka: Kona Cotton kolor Lipstick

Wymiar: 22" x 23"

I gdyby mnie ktoś zapytał (a przecież może paść takie pytanie) jaki wg mnie jest najbardziej bożonarodzeniowy  kolor czerwony to odpowiem: Lipstick Kony. To jest czerwień iście świąteczna.

Teraz będzie dużo zdjęć - wybaczcie. Ta tkanina i nadruki mnie zaczarowały.




I teraz detale. Oto jak przyszyte są kieszenie. To rzędy 5 obrazków, nadrukowane  w pewnej odległości od siebie. Trzeba było je zaprasować (zapasy między nadrukami) i podszyć brzegi. A następnie naszyć je na panel.  Tutaj widać o co chodzi.


Muszę przyznać że wyszło bardzo ładnie. Ale i obrazki na panelu są po prostu urocze. Nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu szyjąc kalendarz. 


A jak u Was przygotowania do świąt?

Nasze są intensywne. W końcu na budowie ruszyły prace wykończeniowe (gładzie, gipsy i malowanie ścian) oraz zaplanowane są montaże drzwi wewnętrznych, kuchni, mebli w pokojach.
Wprowadzka akurat szykuje się na 21-23 grudnia.
Kciuki proszę.