wtorek, 8 czerwca 2010

Dłuugi weekend

minął. A ja się bezczelnie opierdzielałam. Choć to nie tak do końca bo plany miałam wielce ambitne: książka Philippy Gregory "Dziecko Szczęścia" i La(ł)ura w roli własnej gwiaździstej nocy pojechały ze mną dzielnie na działkę. 
Z uwagi jednakże na niesamowity zbieg okoliczności i niezdarzające się normalnym ludziom (mnie na pewno ale może ja mam pecha?!) zjawisko występowania w jednym czasie weekendu i słońca razem, ja leżałam i pachłam. 

Po pierwsze czytałam sobie na tarasie bezczelnie wywalając pępek na świat. Skutkiem czego przybrałam kolor raczy. Książkę doczytałam do połowy (ta połowa to niemal 400 stron...) i wypiłam hektolitry kawki.

Po drugie udało mi się wysupłać z czeluści otorbia ramkę z Laurą. Postępy są tak marne, że na razie nie pokazuję bo wstyd i hańba. Niech o tym świadczy fakt iż najwięcej wyszyłam podczas oglądania Trędowatej. Przy czym więcej ryczałam niż wyszywałam. Czemu ten film zawsze tak na mnie działa???

Jednocześnie grilowaliśmy sobie beztrosko ze znajomymi, na ten przykład z Monilew i Jej KM :D Moni skutecznie mnie zniechęciła od Laury przywożąc mi dwa kalendarze z myszami. Laury teraz nie przybędzie bo mnie psychicznie zablokują kalendarze.

Dopiero w niedzielę przerażeni tym że zmarnowaliśmy bezczynnie dwa słoneczne dni złapaliśmy się za pracę u podstaw. Wystawialiśmy drzwi wewnętrzne na taras. Przetarliśmy drzwi papierem ściernym i przelakierowaliśmy pierwszy raz. Tak to wyglądało:



Niedziela się skończyła :(((

Powrót do city jak zawsze mnie wzrusza: czuję stolicę już kilkadziesiąt km od Warszawy kiedy zaczyna się normalny korek w okolicach Błonia. Potem jeszcze tylko godzina z hakiem drogi i już jestem pod blokiem gdzie nie ma gdzie zaparkować i tacham się z torbami kilometr do klatki .....

A przy tym wszystkim mam pytanie: jak wyszywacie na powietrzu? Bo ja mam potężną niemoc i syndrom baletnicy z tym  tam przy spódnicy rąbkiem:
- jak świeci słońce to mam zbyt jasno
- jak świeci słońce i wieje wiaterek to mi nitki latają i nie mogę równego ściegu złapać
- jak pada deszcz to raczej unikam siedzenia na tarasie
- jak nie świeci słońce i nie pada deszcz to jest za chłodno aby tak siedzieć na dworzu....
Jak się to robi żeby dłubać na ławeczce przy stoliku? Siedzieć w cieniu??

Kalendarze z myszami tak mnie zablokowały że Laura dziś sobie leży na kanapie, a ja zabrałam się za mycie okien. Kto mnie zna ten wie że dla mnie okna to ostatnia czynność. Jak myję okna to znaczy że jestem w desperacji i musiało pojawić się coś  tak strasznego że nawet mycie okien jest przyjemne. Na jutro porcyjka okien też została, więc mam pretekst aby myszy poleżały jeszcze  :) A w sumie mieszkaniu też należy się szczota, więc teraz będzie tydzień pracowo-miotłowy.

Życzę udanego tygodnia z umiarem: wody, słońca, wiatru i temperatur.

11 komentarzy:

  1. Ja mam wszystkie wzory w laptopie, bo muszę czasami mocno powiększyć by dostrzec szczegół. No jak z laptopem wyszywać na słońcu? Prądu brak, a nawet jak bateria działa, to ekran się niszczy, piaskiem może zawiać i zasypać.... mnóstwo mam wymówek :-) No chyba, że mnie ciągnie, to w tedy nawet w pociągu rozkładam i daję radę :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mimo bardzo przyjaznych warunków w ogrodzie, NIGDY !!! nie wyszywam poza swoim kącikiem robótkowym w domu, ale od tygodnia mam zadaszony taras, raczej miejsce pod taras, więc ......kto wie ;)

    Aniu, nie rób sobie wyrzutów, zawsze powtarzam, że hobby ma sprawiać przyjemność, a nie być obowiązkiem, czasami trzeba nicponierobić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ mnie pocieszyłyście. Ja też migam się od wyszywania na powietrzu. Jakoś wzrok nie łapie. Lepsze są szydełko czy druty, można wtedy bez problemu na pamięc dłubać.
    Na szczęście podczas mojego pobytu małżowina lekutko odgruził dom, zostawił najlepsze kąski czyli łazienkę ze stosem do prania i kibel. Dzisiaj i ja też na szczotę wsiadam - tak na pocieszenie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Krzyżyki i inne wyszywanki na świeżym powietrzu mi nie idą - ale u mnie to z braku "siedziska" z dobrym podparciem pleców i możliwością wyciągnięcia nóg do przodu. Jak sobie kupię taki fotel rozkładany to będę mogła wyszywać :D

    OdpowiedzUsuń
  5. No właśnie ja tak jak Aga muszę mieć przede wszystkim dobre krzesło fotel czy inny taki i ... okulary słoneczne (które mam korekcyjne więc dobrze w nich widzę), a przyciśniecie nitek kubkiem z kawusią czy przytrzymanie wzoru na podkładce magnetycznej nie robi problemu. Chyba największym moim podwórkowym wyczynem było wyszywanie obrusu na plaży w Błotach przy dosyć nieprzyjaznej aurze - ale czas zleciał fajowo :) (fotka na moim blogu)

    OdpowiedzUsuń
  6. Frywolitki jak najbardziej praktykuję na ławeczce, względnie na leżaku.
    Hardangera też.
    Ale krzyżyki na dworze mnie przerasta! No chyba, ze backstiche to i owszem.
    W cieniu. Z kawą pod ręką.

    A skoro się tak rozpędziłaś z tym sprzątaniem, to może i do mnie wpadniesz podziałać ;-D

    OdpowiedzUsuń
  7. Hmm... wyszywanie na świeżym powietrzu dobrze mi szło gdy syn był mały i na placu zabaw spędzałam czas po pracy. Zmęczona byłam, młody nigdy :-) więc ja z hafcikami lub z książką a on gonił uszczęśliwiony. Teraz mogę tak u rodziców albo raczej nie mogę, bo
    - słońce w oczy razi
    - przyjemny wiaterek zawiał i oczka same się zamykają
    - pranie trzeba zdjąć/powiesić
    - babcia zajrzała wnuczkę sprawdzić
    - kot na kolana się pcha
    - mama zagląda przez ramię
    itd.

    OdpowiedzUsuń
  8. Krzyżykować poza moim wysiedzianym dołkiem kanapowym?:) Gdzie mam pod ręką wszystkie niezbędne przydasie? No chyba się nie da...:))) Na zewnątrz (albo w podróży) to w grę wchodzą tylko frywolitki, albo coś drutowego.

    OdpowiedzUsuń
  9. Aniu, nie wiem jak to się dzieje ale nasi mężczyźni nie zniżają się do mycia kibelka i łazienki. Tak zupełnie jakby sami nie dokładali łapy (albo i innych części) do używania jej i brudzenia... Spojrzenie w kibelek jest chyba poniżej godności rzeczonych. No ale cóż, dobrze że nie jesteśmy obrzydliwe. Jak inni współspacze nasi ;) Życzę mimo wszystko miłego wieczoru i błyskawicznego sprzątania :))

    Dziewczyny, ratujecie mi życie z tymi wynurzeniami. Bo już myślałam że jestem ułomna i jakaś INNA, skoro nie potrafię hefcić na powietrzu.
    W sumie sympatyczne są te opowieści o własnym kącie do wyszywania. Jest w nich wręcz coś intymnego. Dziękuję Wam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Takie bezczelne nicnierobienie to fajna rzecz :) Uwielbiam :))) A na świeżym powietrzu mało miałam okazji twórczych - może zależy od tego, czy muszę do wzoru zaglądać czy nie. Jeśli tak, to najczęściej winny jest wiatr i przechodzę do trybu nicnierobienia błogiego.. Chciałabym teraz na plażę posłuchać morza szumu..... ...

    OdpowiedzUsuń
  11. Najprzyjemniejsza rzecz na działce - ławka na zielonym trawniku, w cieniu pod jabłonią lub orzechem włoskim; obok stolik z kawą i wzorem do aktualnego haftu.
    Niestety mało mam takich chwil - trzeba prowiant rozpakować, dom posprzątać ( bo w międzyczasie mąż np ciął w piwnicy płytki podłogowe szlifierką, nie zamykając wszystkich drzwi i okien). Pobyt z wnukami praktycznie w ogóle wyklucza robótki, tym bardziej, że 3 tygodnie temu 3-letni Bartuś postanowił bać się much i innego robactwa, które wcześniej mu w ogóle nie przeszkadzało.
    Paniczny strach udzielił się oczywiście młodszemu o 2 min. Kacperkowi.
    Horror, mówię Wam. Chłopcy przechodzą kurację, przepraszając np biedne malutkie muszki, że je wystraszyli swoim histerycznym krzykiem.......

    Bardzo lubię haftować na powietrzu, teraz chociaż na balkonie osłoniętym parasolem, żeby sobie oczu do reszty nie zniszczyć.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za kilka słów :)