sobota, 31 lipca 2010

Powakacyjnie

rosół już się gotuje, wątroba musi odpocząć. To znak że jesteśmy po intensywnych wakacjach ze Znajomymi z lubuskiego i mazowieckiego.
Po tych zaledwie trzech dniach spędzonych w Niesulicach nad jeziorem Niesłysz uważam że województwo lubuskie jest po prostu niedoceniane przez turystów. Choć może to lepiej bo przyznać muszę że tłumów nie lubię.

Polecam Wam lubuskie z takimi widokami:



Na szczęście poza trenowaniem narządów był czas i na szydełko. O tym potem :D

wtorek, 27 lipca 2010

UFO-k udaje

... że się skończył. Nawet w sobotę wieczorem zerwałam się z fotela i krzyknęłam na całą wieś: SKOŃCZYŁAM!!!!! Sfotografowałam......



poleciałam do okna, sprawdziłam, podywagowałam i  ....... pocięłam jak niżej.

Potrzebuję już nie jednej długiej zazdrostki (jak 6 lat temu .... ) ale dwóch mniejszych.
Teraz zamiast jednego skończonego UFO-ka mam dwa UnFinished Objects  :D

Muszę dorobić brzeg prawy do lewej firanki. I dorobić brzeg lewy (od dołu...) przy kurzej dupce. O ile z firanką lewą pójdzie szybko bo w kierunku dziergania pracy. O tyle w prawej będę kombinować bo obecnie wiszą sobie elegancko słupki podwójnie nawijane, bez bazy w postaci łańcuszka. Wiszą sobie nanizane na niteczkę jak koraliki.
Muszę jakoś sprytnie to wszystko połączyć... Jadę na wakacje jutro (całe 5 dni ha, ha...) to będę miała czas pomyśleć nad wyzwaniem firankowym.


A na działce takie cudo mi teraz zakwitło (zdjęcie z 25.07.2010):

Przyznaję że pogodziłam się że w tym roku krzew nie zakwitł. Miał prawo: nie wysoki, młody, po ciężkiej zimie, posadzony zaledwie rok temu. Żyłam nadzieją że zawiąże kwiaty teraz na rok przyszły. 

A tymczasem.... kwitnie!!! Cuda jakoweś się dzieją bo choć ta odmiana 'Cunningham's White' lubi powtarzać kwitnienie w końcu lipca to..... to nie jest powtórka. Ten rhododendron  w tym roku kwitnie dopiero po raz pierwszy.


Pozdrawiam nietypowo bo różanecznikowo w lipcu!

poniedziałek, 19 lipca 2010

Było-jest

Nie byłam tylko tydzień na działce i już baaardzo, bardzo mi się tęskni.

Zatem postanowiłam sobie zrobić przyjemność i pooglądać zdjęcia. Okazało się że to co mamy dziś od stanu sprzed roku trochę się jednak różni....
A piaski pod lasem, choć kwaśne i przepuszczalne..... całkiem ładnie się sprawują jako gleba.

Dom już trochę ogarnęliśmy - czas zagęścić ruchy w ogrodzie. 









Jura w weekend

W weekend znaleźliśmy się w Zawierciu z długo przekładaną wizytą. Ale nie o Śląsk idzie a o zupełnie niespodziewane sąsiedztwo Zawiercia: Jurę!

Sobotnim popołudniem zabraliśmy się na objazd fragmentu Jury Szlakiem Orlich Gniazd.

Ładne mamy zamki czyż nie?


Poniższe Bobolice to własność prywatna. Odbudowa zamku ze stanu zbliżonego do zamku w Mirowie do obecnego trwa już 6 lat ....


Na sam koniec zdjęcia z Ogrodzieńca:


 Jak patrzę na poniższą łąkę to wydaje mi się że temperatura nadal przekracza z 50 stopni w cieniu ....

Weekend był niezwykle intensywny ale jakże miły. A powrót w okolice ostatnio widziane w dzieciństwie wzbudził emocje i rozrzewnienie.

Polecam okolice Zawiercia na weekendowy wypad. My na pewno tam jeszcze wrócimy :)

piątek, 16 lipca 2010

Do wyboru, do koloru!

Jak w temacie :)

Pierwszy Lace Key by Corinne Lacroix to Belfast Linen 32ct i DMC 3865. Dokładnie to samo zestawienie co sampler Paradigm Lost.






Drugi Lace Key by Corinne Lacroix to Belfast Linen 32ct i nici Niny, kolor Red Grape (na bazie bawełnianego DMC)
Lace Key by Corrine Lacroix on 32ct Belfact Raw Linen stitched using Nina's thread, Red Grape

Poniżej oba klucze. Pierwszy raz powtórzyłam motyw. I coś mi się zdaje że jeszcze nie raz popełnię ten klucz bo wyszywa się go baaaardzo przyjemnie. 



Miłego weekendu!

środa, 14 lipca 2010

Linki do haftu

W poniedziałek otrzymałam niespodziewanie szybko przesyłkę z Węgier. W kwestiach organizacyjnych: została nadana w czwartek około południa i dotarła do Polski w poniedziałek w południe (-> 2-2,5 dnia roboczego!)

Otóż od jakiegoś już czasu oglądałam ręcznie farbowane przez Ninę muliny. W ogóle lubię zaglądać na Jej stronę bo nie dość że robi piękne przedmioty to do tego bawi się w farbowanie tkanin i mulin.
Więc oglądałam i chorowałam. W końcu namówiłam do zbrodni Madziulę i Yen i zamówiłyśmy cudne niteczki.

Paczucha wyglądała pięknie:
 Special package with hand-dyed threads by Nina arrived on Monday.

i miała specjalne oznaczenia autorskie:
Packet has been signed with Nina's symbols

 I oto ręcznie farbowane nitki. /Zdjęcie pochodzi z trzeciego podejścia do fotografowania. I choć wcale nie oddaje uroku nitek to chociaż wreszcie nie jest wreszcie niebieskie/

And here are those soft, beautiful threads: reds, purples, greens, grays&pinks
Threads based on DMC white threads and are hand dyed.

Nie mogłam się oczywiście powstrzymać. Złapałam za kolor Red Grape i chwyciłam swój ulubiony Raw Linen 32ct. Powstało na razie coś co zamierzam skończyć dziś wieczorem:
32ct Belfast Raw Linen, Red Grape hand dyed Nina's threads
Lace Key by Corinne Lacroix


Wyszywa się bardzo zacnie: toż to DMC :)


Miłego dnia!

Linki do haftu to oczywiście muliny :D

poniedziałek, 12 lipca 2010

Na pięcie...

... na głowie czy na plecach, każdemu w innym miejscu. Mi urosło na chusteczkach. Wykwitło w niedzielę i dzisiaj skończyłam.


Kwitło powoli bo było szyte ręcznie,  jak wyściółka do koszyczka (nota bene wreszcie dorobił się gumeczki).
Wczoraj będąc na działce w ogrodzie pracować się nie dało. W sumie nic dziwnego, bo pewnie wszyscy mają podobną sytuację w ostatnich dniach. Wobec czego zamknęłam się w moim mentalnym kąciku, zagospodarowałam kawałek stołu i zrobiłam drugie podejście do szycia.

W niedzielę zrobiłam jakieś 70%:

Więcej nie dałam rady - trzeba było się zabierać do domu :(

Teraz moim chusteczkom będzie cieplutko, bo oto już skończony wytfur.

Wytfur podoba mi się szalenie! Ach, ta skromność :D

Materiał ma śliczny kolor, którego oczywiście na ostatnim zdjęciu w ogóle nie umiałam wydobyć.

Tak siedząc i dłubiąc doszłam do wniosku że skoro ręcznie umiem to maszyną poszłoby błyskawicznie. Ale chyba jestem leniem doskonałym, bo nie chciałoby mi się pożyczać maszyny od Mamy w celu uszycia jednego chustecznika ;)

Poza tym wszystkim.... podoba mi się szycie ręczne i na pewno coś jeszcze stworzę, choć na tę chwilę nie mam skonkretyzowanych planów.

Teraz wracam do krzyżyków :D

Półfinał z myszą

Żeby nie dzisiejsza dogrywka to bym nie skończyła. Zatem Hiszpanie i Holendrzy grali dla mnie specjalnie abym myszy wydziergała. Ostatni krzyżyk postawiłam w chwili kiedy gwizdek sędziego Webba zakończył dogrywkę.


Nie żebym była jakąś zapaloną fanką, ale miło mieć świadomość że 22 rosłych chłopa biega dla mnie ;)

Dzięki temu że drużyny strzelały ślepaki w pierwszej i drugiej połowie regulaminowego czasu zakończyłam mysz na kalendarzu Bebezet:


Grzybiarze byli bardzo mili i wyszywało się te myszki baaardzo sympatycznie :)

A półfinał wiadomo dlaczego: bo jeszcze jeden mecz przede mną, czyli ostatnia mysz do wyszycia na kalendarzu który teraz przebywa u Monilew.

Ten weekend w ogóle był niezwykle aktywny i jestem z niego niezwykle zadowolona. Nie tylko wiele się przemieszczaliśmy ale i robótkowo całkiem sporo popędziłam. Bo i mysz skończona a i mam 70% czegoś szyciowego zrobione.
Otóż skończyłam wreszcie koszyczek (nawleczenie gumki zajęło mi  bagatela 3 tygodnie!!!) i dodatkowo zabrałam się za projekt z którym nosiłam się od jakiegoś czasu, ale czasu brakło w obliczu ogrodowych bitew.

Teraz mam i o tym już niedługo :)

piątek, 9 lipca 2010

Myszy RR - kalendarz Bebezet

Oto prezentuję mój skromny dorobek tego tygodnia:

Ta... jakby było się czym chwalić - zaledwie jedną mysz z dwóch wydziobałam. Ale to zawsze jedna mysz bliżej końca RR, czyż nie?
Mysz jest szczególna bo Bebezet - na Jej kalendarzu wyszyję myszy zdublowane!

Miałam przyjemność odwiedzić Bebezet w tym tygodniu - zostałam poczęstowana pysznym ciachem i kawką, potrzymałam Juleczkę która radośnie zrobiła "Ciotce" afro na głowiźnie ;)
 Ale oczywiście gwoździem programu było oglądanie/macanie/dotykanie i głaskanie prac Beaty.  Paspartou z materiału w realu wygląda cudownie! Jakież to pomysłowe i ciekawe wykorzystanie materiału oraz wzbogacenie wyglądu pracy.

Zostałam nawet obdarowana takim ozdobnikiem:

Tutaj oprawka ma dodatkowo podkładkę z fragmentu gołębiego materiału. Nie jestem teraz w stanie zidentyfikować jaki to rodzaj tkaniny ale istotniejszy jest jego kolor: ślicznie komponuje się z ramką :)
Ależ będę miała piękny haft oprawiony w ręcznie robione pass!

Oczywiście na dłużej zatrzymałam się na peoniach Beaty. Kolory są niewątpliwie rzucające się po oczach ale obrazek wychodzi śliczny. A mój czeka na lepsze czasy ....

I tak można by dyskutować i przyzwyczajeniach robótkowych, etapach prac, preferencjach, planach, niepowodzeniach i inncyh zdarzeniach z życia gdyby dziecię nie przywołało nas do porządku.


Dziękuję Beatko i mam nadzieję że będziemy miały jeszcze okazję do spotkania :)

poniedziałek, 5 lipca 2010

Sielsko

Weekend był inny niż wszystkie. Gościmy na działce moją Siostrę z Rodziną. Oczywiście gwoździem programu jest półtoraroczny Krzyś. Ten szkrab jest wszędzie. Nie płacze, nie marudzi, lata jak opętaniec z wypiętym brzuszkiem i cieszy buzię aż miło.

Wybraliśmy się w niedzielę  do Skansenu w  Sierpcu celem popróbowania miodowych nalewek dystrybuowanych w związku z wielkim Miodobraniem (impreza sezonowa w skansenie). Niestety nie mieliśmy specjalnie czasu na jakiekolwiek miodobranie: we trójkę zajmowaliśmy się małym rozbójnikiem który postanowił sprawdzić czy zwierzątka z książeczek  faktycznie są takie sympatyczne jak opowiada Mama podczas czytania.
Gdybyście słyszeli o masowym padzie zwierzaków w mazowieckim to na pewno sprawka Krzysia. Wskazówka dla Sanepidu: zwierzaki na pewno padły z przeżarcia.

Było karmienie owieczek:

Było karmienie króliczków:

Kozy nie zostały utrwalone.
Zupełnie aspołeczną postawą wykazały się za to kury i koguty które:
a) nie dały się nakarmić
b) w ogóle nie dały się dotknąć
pomimo wejścia Krzysia do kurnika aż pod same grzędy.



Krzyś niezrażony niepowodzeniem przeniósł zainteresowanie na indyki i perliczki ;)

Indyki i perliczki też się nie integrują.


Dla dorosłych pozostało zaopatrywanie Krzysia w karmę dla zwierząt, pilnowanie powozu Krzysiowego (czemu to takie niewygodne do prowadzenia po piachach????) zabezpieczanie jedzenia i picia.

Mi udało się jeszcze strzelić kilka fot:


Zauroczyło mnie okno, struktura drewna i jego kolor.... : 
 


No i na sam koniec ule proszę:  




Miłego tygodnia :)

prawo głosu

Nie wiem w jakiej Polsce obudzę się jutro.
Nie wiem jakie będą wyniki.
Nie chcę też rozpalać emocji i dywagować o preferencjach.  To poza nami.

Ale wiem jedno: uczestnictwo w wyborach to moje prawo. Mój obowiązek i przywilej.

Bardzo mi przykro że aż tylu Polaków nie wypowiedziało się i nie oddało głosu. A przecież obwodów wyborczych było tyle że wystarczyło przejechać od wsi do wsi i już można było oddać głos.

Moja Siostra, zameldowana w Ożarowie pod W-wą, mieszka od 8 late we Wrocławiu. Tam ułożyła sobie życie, tam mieszka. Głosowała w Łącku. Można.
Jestem zameldowana w również w Ożarowie, mieszkam w W-wie, głosowałam w Łącku. Można.
Mój NM zameldowany w Mińsku, mieszka w W-wie głosował w Łącku. Można.

Szkoda że mieścimy się w tych niecałych 6% głosujących poza miejscem zamieszkania.
Szkoda że prawie połowa Polaków upoważnionych do głosowania uznała że nie chce/nie może/nie wygodnie/nie pasuje im :(


A co jeśli komuś, kiedyś przyjdzie do głowy że nie ma sensu dawać nam prawa wyboru skoro z niego nie korzystamy?

Brrr....

Więcej "polityki" nie będzie.