wtorek, 29 czerwca 2010

Myszy

Myszy zjadły króla Popiela i zjadają resztki mojego czasu. Tak jak i u większości z Was, również w moim przypadku latem dostrzegalne jest wyraźne skurczenie czasu poświęcanego na robótki.
W ubiegłym tygodniu zaczęłam dłubać mysz dziesiątą w myszowym Round Robin Meli.
Skończyłam ją bagatela po..... tygodniu! Mały wzorek a tyle czasu potrzebował aby z różnymi przerwami go ukończyć. Wygląda tak:

Mysz została wyhefcona na kalendarzu Brzyduli  i naprawdę wygląda świetnie. Sprawiło mi dużo przyjemności dziobanie gryzonia. Tym bardziej że część pracy zrobiłam w towarzystwie Madziuli, która gościła na moich działkowych włościach w sobotę.
Pierwszy raz spotkanie miało choć trochę charakter pracy. Obie dziewoje siedziałyśmy nad myszkami i z różną intensywnością przeplataną rozpustą oralną:
  • smakową (fonude czekoladowe.....)
  • rozmowną 
dorobiłyśmy się po kawałku gryzoni.
Po skończeniu szczurka szkolnego zabrałam się za kalendarz Bebezet i mam już dolny szlaczek niemal skończony. Tym razem będę wyszywać myszy 'Grzybiarzy".

Powiem szczerze: irytuje mnie myśl, że nawet gdybym poświęcała mniej czasu na zrobienie myszy niż regulaminowy 1 miesiąc, to i tak to nie przyspieszy zakończenia RR, bo jesteśmy potężnie spóźnione.
Obiecałam sobie całkiem głośno i kilka razy: już nigdy więcej RR.

I tu na forum ogłaszam: proszę mnie kopnąć w zadek (ino mocno co bym poczuła i mnie otrzeźwiło!!!) za każdym razem kiedy przyjdzie mi do głowy zapisać się do tego typu zabawy.
Aspołeczna się robię i już. Lubię wyszywać we własnym tempie. A tempo przystosowane do grupy powoduje u mnie rozdrażnienie i paraliż decyzyjny: nie wiem co mam robić w tzw między czasie, nie wiem czy rozgrzebywać zaległe prace czy brać się za nowe. Nie zabieram się za historyczne, bo bieżąca mysz leży. I ostatecznie nie dzieje się u mnie nic.

NIGDY WIĘCEJ Round Robin w moim wykonaniu. Never ever. Przypomnijcie mi.

niedziela, 20 czerwca 2010

Debiut szyciowy

teraz to bez kokieterii i na serio oczekuję dobrego słowa. Bo oto jest mój debiut szyciowy.
wow, no nie ?!?! ....

Hmm... zrozumiem brak komentarzy. W końcu to co uszyłam jest mówiąc delikatnie pikusiem w stosunku do Tildy czy innych misiaków które widuję u Was na blogach. I umiecie takie rzeczy z zamkniętymi oczami szyć. Ale dla mnie to wyczyn. Bo po pierwsze zamiast czekać na 'kiedyś to zrobię' wyciągnęłam materiał, skroiłam elementy i oto mam wyściółkę do koszyczka na różne przydasie.



Jak dla mnie jest "zwykła-niezwykła" bo:
1. ma osobno skrojone dno - okrągłe !!!
2. ma osobno skrojony bok - wachlarzowaty !!
3. wszystko to jest zszyte ręcznie bez żadnych zakładek - na dość gładko :)
4. nigdzie się nie marszczy
5. ma tunel na gumkę zszyty mam nadzieję w sposób wizualnie akceptowalny

Z braku gumeczki koszyczek zostanie wykończony w przyszłym tygodniu. Ale musiałam, po prostu musiałam Wam pokazać na co się dziś porwałam. I muszę przyznać że poza krojeniem elementów samo zszywanie było już dość szybkim procesem.
Proces krojenia oparł się o:
- obliczanie wysokości stożka
- równaniem kwadratowym
- liczeniem obwodu kół i wyznaczeniem oczekiwanego promienia

A skończył się na umocowaniu ołówka na końcu nitki, zaplątaniu jej na brzegu stołu i wykreśleniu na tkaninie kilku malowniczych półkoli, których długości były skrzętnie mierzone nitką o pożądanej długości. Praktyka ponad wszystko ;)
 
Ostatecznie koszyczek służyć będzie na 'przydasie' mojego NM, które walają się cały czas po stole: klucze, portfel, okulary, dokumenty, grosiki i inne... Dopóki nie będzie wykończony niech służy damskim przydasiom:

środa, 16 czerwca 2010

Znowu nuda...

 .... nas weekendowa dopadła: działka. Było zwykle-niezwykle gdyż tym razem w weekend gościła u nas moja Mother Kochana.

Pomimo działkowego wstępu będzie jednak robótkowo, obiecuję.
Ale jeszcze najpierw muszę wyjaśnić nieco charakter mojej Mamy aby zrozumieć co znaczy "zwykle-niezwykle".

Ona ma taką przypadłość że nie może usiedzieć na tym na czym zazwyczaj się siedzi spokojnie, tylko cały czas się rusza. Co gorsza rusza się produktywnie i co gorsza Jej poruszanie się jest skierowane na akcje korygujące. Przykład: nie usiądzie wypić kawy i kontemplować ciszę. O nie! Ona usiądzie, pije kawę i mówi mi o kolejnych rzeczach które należy zrobić w domu/na działce/w ogródku/przy roślinach. Albo idzie z tą kawą i 'przy okazji' przychyla się wyrywać chwasty.
W związku z tym czuję się kompletnym nierobem i leniem i wpędzam się w poczucie winy: jak mogłam nie zauważyć tego chwaściora przed Nią???? Jak to się dzieje że jeszcze TU rośnie??? I zaczynam widzieć każdy jeden chwast na ścieżce, oblewa mnie zimny pot na myśl o zakurzonych oknach i nie zamiecionym tarasie.....   Z drugiej strony to tylko działka, zaraz po budowie i do tego pod lasem. Nie ma bata: apteki z niej nie zrobię. No ale panicznie myśli jeszcze biegają i sieją spustoszenie w moim racjonalnym świecie.

Mam nadzieję że już wyjaśniłam o co chodzi: moja Mama ma milion myśli racjonalizatorskich z czego połowę od razu realizuje i robi to niezwykle metodycznie do tego wszystkiego.

Wracam do meritum po przydługim wstępie: siedzę z tą moją Mother a po mózgu latają oszalałe w panice myśli: czy Jej słuchać czy wstać i latać i planować ziemię i rwać perz zamiast tak bez sensu tracić czas na napicie się kawy. Skutkiem czego całą sobotę latałam na zmianę między myciem okien (bo trzeba założyć moskitiery) do rwania perzu bo .... moja Mama postanowiła nie tracić czasu i założyć kolejną mega-'rabatę'. Rabaty nie pokażę bo nie jest gotowa. Nie jest gotowa bo się okazało (słusznie zresztą) że trzeba najpierw zrobić ścieżkę. Więc robiłyśmy ścieżkę. Ścieżki też nie skończyłyśmy (6 metrów długości, ponad metr szerokości, zbity dywan perzu do wykarczowania, spadek do wyrównania poprzez przeplantowanie ziemi ....)


W sobotę padłam jak nieżywa - ledwo po schodach wlazłam na górę. A moja Mama?!?!?! Zgadujcie!
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Wstała o 4:30 (rano!!!!) i zaczęła przerabiać ścieżkę bo po przebudzeniu doszła do wniosku że cała praca sobotnia jest  do ... niczego. Trzeba zrobić inaczej. I tak żeśmy robiły.

Ja znowu latałam od mycia okien do rabaty :( Pewnie te moje okna to przekleństwo i zastanawiacie się czy ja już nie mam nerwicy natręctw. Otóż nie! Musiałam je umyć i wyszykować na pierwsze, historyczne zakładanie ozdób okiennych! Ta dam!!!!

A dlaczego ja to wszystko piszę ?! I dlaczego będzie robótkowo?!

Bo ... Moja Mama z ADHD zimą wróciła do szydełka. Wyciągnęła zakurzeńca z kąta i zobaczcie co mi podarowała:


Dwie cudnej urody zazdrostki! Wylądowały w oknie salonu. Jak się dobrze przyjrzycie to w oknie po prawej strony odbija się w okienku Duch ;)

Ale to nie koniec: dostałam też cudną pajęczą zazdrostkę do kuchni!!! Z ogródka wygląda to tak:

Uwierzcie mi na słowo: jest cudna .... Nie potrafię jednak zrobić ładnego zdjęcia ze środka domu. Może uda się następnym razem.


Miało być krótko, wyszło jak zwykle. Słowotok- trudno. Ale moja Mama jest niezwykła i jestem z Niej baaardzo dumna i bardzo bym chciała żeby wszyscy o tym wiedzieli.

Nawet jeśli wpędza mnie zupełnie nieświadomie w poczucie że sen to strata czasu. Bo kto to widział aby spać o 4:30 kiedy ta ścieżka wyszła tak bez sensu?!?! I natychmiast należy ją poprawić?! Przecież już jest widno!

I tak Ją kocham.

Miłego wieczoru :)

wtorek, 15 czerwca 2010

z nowym tygodniem

jakieś nowe siły we mnie wstąpiły. Robiąc porządki (kiedy ja nie robię porządków????) tym razem w robótkach trafiłam na naszą Obietnicę Tajemnicy.
Zaczynał się mecz więc pomyślałam czemu by nie.... dłubnąć czerwca.

I oto mam już swój czerwcowy fragment pracy:

Więcej, mniej tudzież inaczej tutaj.

Mam jeszcze plany na ten tydzień - może wreszcie i u mnie będzie bardziej robótkowo :)

wtorek, 8 czerwca 2010

Dłuugi weekend

minął. A ja się bezczelnie opierdzielałam. Choć to nie tak do końca bo plany miałam wielce ambitne: książka Philippy Gregory "Dziecko Szczęścia" i La(ł)ura w roli własnej gwiaździstej nocy pojechały ze mną dzielnie na działkę. 
Z uwagi jednakże na niesamowity zbieg okoliczności i niezdarzające się normalnym ludziom (mnie na pewno ale może ja mam pecha?!) zjawisko występowania w jednym czasie weekendu i słońca razem, ja leżałam i pachłam. 

Po pierwsze czytałam sobie na tarasie bezczelnie wywalając pępek na świat. Skutkiem czego przybrałam kolor raczy. Książkę doczytałam do połowy (ta połowa to niemal 400 stron...) i wypiłam hektolitry kawki.

Po drugie udało mi się wysupłać z czeluści otorbia ramkę z Laurą. Postępy są tak marne, że na razie nie pokazuję bo wstyd i hańba. Niech o tym świadczy fakt iż najwięcej wyszyłam podczas oglądania Trędowatej. Przy czym więcej ryczałam niż wyszywałam. Czemu ten film zawsze tak na mnie działa???

Jednocześnie grilowaliśmy sobie beztrosko ze znajomymi, na ten przykład z Monilew i Jej KM :D Moni skutecznie mnie zniechęciła od Laury przywożąc mi dwa kalendarze z myszami. Laury teraz nie przybędzie bo mnie psychicznie zablokują kalendarze.

Dopiero w niedzielę przerażeni tym że zmarnowaliśmy bezczynnie dwa słoneczne dni złapaliśmy się za pracę u podstaw. Wystawialiśmy drzwi wewnętrzne na taras. Przetarliśmy drzwi papierem ściernym i przelakierowaliśmy pierwszy raz. Tak to wyglądało:



Niedziela się skończyła :(((

Powrót do city jak zawsze mnie wzrusza: czuję stolicę już kilkadziesiąt km od Warszawy kiedy zaczyna się normalny korek w okolicach Błonia. Potem jeszcze tylko godzina z hakiem drogi i już jestem pod blokiem gdzie nie ma gdzie zaparkować i tacham się z torbami kilometr do klatki .....

A przy tym wszystkim mam pytanie: jak wyszywacie na powietrzu? Bo ja mam potężną niemoc i syndrom baletnicy z tym  tam przy spódnicy rąbkiem:
- jak świeci słońce to mam zbyt jasno
- jak świeci słońce i wieje wiaterek to mi nitki latają i nie mogę równego ściegu złapać
- jak pada deszcz to raczej unikam siedzenia na tarasie
- jak nie świeci słońce i nie pada deszcz to jest za chłodno aby tak siedzieć na dworzu....
Jak się to robi żeby dłubać na ławeczce przy stoliku? Siedzieć w cieniu??

Kalendarze z myszami tak mnie zablokowały że Laura dziś sobie leży na kanapie, a ja zabrałam się za mycie okien. Kto mnie zna ten wie że dla mnie okna to ostatnia czynność. Jak myję okna to znaczy że jestem w desperacji i musiało pojawić się coś  tak strasznego że nawet mycie okien jest przyjemne. Na jutro porcyjka okien też została, więc mam pretekst aby myszy poleżały jeszcze  :) A w sumie mieszkaniu też należy się szczota, więc teraz będzie tydzień pracowo-miotłowy.

Życzę udanego tygodnia z umiarem: wody, słońca, wiatru i temperatur.

środa, 2 czerwca 2010

Laurowe sprawki - rozbieżności 1 i 2

Pisałam wczoraj o tym że oryginalny schemat to nie wszystko. Rozbieżności są znaczne.

W przypadku centralnego motywu zignorowałam zdjęcie oryginalne i wyszyłam wg schematu. I tak dorobiłam się rozbieżności nr 1: w centrum schematu znalazł się kolor 718, wg klucza.
Podczas gdy w zdjęciu gotowym pracy w centrum widnieje kolor zbliżony znacznie bardziej do fioletu. Podejrzewam że powinien być to występujący na liście kolorów nr 552.
Zresztą spójrzcie na oryginalne zdjęcie: TUTAJ. Wg mnie w tych małych centralnych trójkącikach, powinien znajdować się fiolet a nie róż.


Rozbieżność nr 2, znacznie bardziej oczywista dla odmiany i dotyczy obszaru zaznaczonego obwodem na żółto.
Wg schematu powinien być wyszyty kolorem muliny 799. A wg zdjęcia pracy trójkąt powinien być wyszyty ewidentnie ciemnym kolorem, tak jak i inne trójkąty w obwodzie rombu. Czyli muliną 791.


Mam nadzieję że pokazałam różnice wystarczająco czytelnie. Praca teraz przypomina prowadzenie inwestygacji permanentnej a nie swobodnej pracy.
Ale nie zrażam się i będę komunikować dalsze odstępstwa. Jeśli się znajdą.

wtorek, 1 czerwca 2010

Laurowe sprawki

Jeśli pamiętacie kiedyś robiłam taki sampler Paradigm Lost. I trwało to długaśno jak długaśnik. Bo i praca była wielka, największa jaką robiłam. I przyznać trzeba że nie grzeszył różnorodnością barw ;) co na dłuższą metę jednak spowodowało że miałam napęd na megakolorowaśne odcienie. I powstała choinka - kolorowa jakby nie było bardziej niż tylko zielony choin świąteczny.
Potem przerwa aż do SAL-a needlepointowego.

Teraz Czas znowu na Kolory.

Jak ostatnio napisałam drgnęło u mnie robótkowo i na ramę wskoczyła kolorowa, choć nieco 'mroczna' Laura Perin. Zaczęłam Starry Night!

Materiały to monocanva 18ct koloru Antique Blue, kilka kolorów perłówki i dość sporo zwykłych mulin DMC. Dodatkowo tasiemki Krainika 1/16" w trzech kolorach, bo jak się okazało o czwartym kolorze zapomniałam i dopiero teraz do mnie leci. Praca robi się bardzo szybko a to co poniższym zdjęciu widać to kwadrat 5,5 x 5,5 cm.



Docelowo robótka ma mieć ~27 x ~27 cm (10,5"x10,5") a przycięłam materiał do 40cm, bo mniejszej ramy nie mam, niestety. Znowu użyłam jako ramki gotowego obrazka, który można kupić w marketach budowlano-wykończeniowych. Już na blogu Polski Needlepoint raz prezentowałam zalety gotowych obrazków: lekkość, dostępność itd... teraz też pozbawiłam ramy gustownej papryczki i nałożyłam na nią monokanvę.

Wyszywam z oryginalnego schematu i niestety jestem niemiło zaskoczona rozbieżnościami pomiędzy schematem a zdjęciem pracy Laury prezentowanej na wszystkich blogach. Wg schematu wyszyłam środek pracy i niestety odbiega on kolorystycznie od oryginału. Również kolejne elementy są rozbieżnie oznaczone w schemacie w stosunku do zdjęcia 'gotowej' pracy.
Nie mam jeszcze pomysłu jak opisać jasno zauważone rozbieżności i jak je zilustrować, zatem zrobię osobny wpis.

A teraz pójdę ze dwa razy igłą machnąć!

Feria barw

Wśród tych smętnych pochmurnych i deszczowych dni, niskiego ciśnienia i sporej wilgotności generalnie czuję się jak mucha w smole: za gruba, za duża, za ociężała, z naleśnikiem na głowie (zamiast włosów), w lustrze błyszczące odbicie.... Masakra.Permanentny dzień koca i najchętniej nie wyłaziłabym z szafy. A tu do pracy trzeba iść. Co więcej: ludziom na oczy wleźć!

Zatem gdyby nie daj komu przydarzyło się równie słabe samopoczucie polecam obrazy uchwycone w ostatnich promieniach słońca:

Mi pomagają. Choć trochę. Czego i Wam życzę!