wtorek, 18 listopada 2008

Koniowate, RR i świąteczne pierdółki


Ostatnio dużo mi się działo. Już pomijam że przechodzę jeszcze wciąż okres aklimatyzacji do pogody w Polsce  upływający w ciepłym kraju urlop spowodował, że jak wróciłam do Polski wydawało mi się że lada moment zaczną się święta!  Zaczęłam więc szybkie przygotowania dziergalnicze. Wydłubałam małe, świąteczne popierdółeczki do naklejenia na kartki świąteczne. Nie wiem ile ich jeszcze zrobię w tym roku, ale będę dzielnie dłubać korzystając z tych samych schematów.
Poza tym postanowiłam, że w tym roku wreszcie zrealizuję prezent dla Pana Witka. Pan Witek opiekuje się domkiem mojej Cioci, w Bieszczadach. Ilekroć korzystamy z gościnności mojej Cioci, Pan Witek odwiedza gości, organizuje nam czas (kuligi nocne mroźną zimą, sanna w dzień, grzybobranie w dzikich górach, kawa przy kominku i niekończące się pogawędki a i coś mocniejszego dla rozgrzewki też ) Pan Witek jest koniarzem, a do tego artystą z zamiłowania. Kocha prace w drzewie, ostatnio kuje ale najbardziej kocha zwierzęta. Wie że dłubię - ilekroć jestem w górach 'nakrywa' mnie na wyszywaniu xxx.

Raz wyraził życzenie żeby mieć konia. Ale jest dyskretny więc się nie dopomina. A ja postanowilam, że skoro jest schemat który mi się podoba to wreszcie się za nie zabiorę /musicie wiedzieć że konie najbardziej lubię oglądać w TV lub na łące...
I zrobiłam. I wyszły mi. I uważam że są piękne - ładniejsze niż w oryginale /ach ta skromność ....  / Sama dobierałam kolorystykę z mulin Anchor.

I ostatnio... oczywiście Mcmela zrobiła zamieszanie - zamorduję tę Babę: wyjaśniła mnie, prostemu człowiekowi, o co chodzi w tym Round Robin. I zrobiła to jeszcze w taki sposób że zaraz się włączyłam do zabawy, bo mnie porwała! I już się doczekać nie mogę, i muliny już mam, i tylko obrobić kanwy nie ma kiedy ....
A tu jeszcze muszę dla Mamy, Siostry i Mamy mojego Pana wyszyć ozdoby świąteczne... Ło matko, ile roboty!
Do pracy, do pracy!!

poniedziałek, 3 listopada 2008

Kolory Meksyku 1

Nie będę dziś pisała o samej wyprawie o Meksyku: zbyt długo by to trwało, zbyt wiele słów wymagałyby opisy a tego nikt zainteresowany by nie przeżył
Powiem zatem najkrócej jak mogę, co nie jest proste, bo nie potrafię jeszcze spojrzeć z dystansu na cały wyjazd… Były to wspaniałe trzy tygodnie podróży po kolorowym, ciekawym, zróżnicowanym kraju. Była to wyprawa po kulturze ostatnich około 3 tysięcy lat, od oceanu do morza, przez góry, miasta i wsie.
Chciałabym jednak w pierwszej kolejności napisać o innym aspekcie mojej wyprawy. Tym który jest nierozłącznie powiązany z moimi zainteresowaniami. Oto opowieść pierwsza:.
Gdzieś w środku Meksyku, w środku najbiedniejszego ze wszystkich 31 stanów Meksyku, Chiapas, jest małe, senne miasteczko.
Wracaliśmy właśnie z wyprawy po kanionie Sumierdo, którego wysokość dochodzi nawet do 1300 metrów nad poziom rzeki Grijalva i zatrzymaliśmy się na czas wolny w najbliższym miasteczku, w Chiapa de Corzo. Cóż było robić: standardowa, rutynowa rundka po zocalo i umiejscowionych pod arkadami sklepikach w nadziei upolowania jakiejś ekstra pamiątki z podróży. Nic z tego. Zresztą jak zwykle: w każdym sklepie to samo…. Ale, ale…. Przemykając po nudnawych sklepikach mojemu Panu wpadł w oko szyld, który przy naszej żadnej znajomości hiszpańskiego wskazywał że trafiliśmy na szkołę rękodzieła. Szyld wisiał nad bramą, w której tle widać było już ogromne patio, ocienione arkadami i zielenią. Pod arkadami siedziały przy stolikach kobiety i coś tam dłubały. Mieliśmy pewne opory, w końcu zdecydowana postawa mojego Pana,  jeden Jego krok, pociągnął mnie za sobą i byliśmy w bramie, potem jakaś miejscowa kobieta zaczęła nas zachęcać do wejścia. I tak trafiłam na kółko kobiet które…wyszywały ! Już myślałam że sobie tylko popatrzę, bo skąd mogłabym pogadać po hiszpańsku Okazało się jednak że była tam Ariana, która doskonale znała angielski. Uczyła się właśnie wyszywać krzyżykiem. Będziemy w kontakcie: wymieniłyśmy się adresami. Ariane może pomóc w zdobyciu tradycyjnych strojów indiańskich, o których tu jeszcze napiszę w swoim czasie. Poniżej prezentuję zdjęcia z przemiłego i nieoczekiwanego spotkania.

Ariana znajduje się na pierwszym planie zdjęcia po prawej

P.S. Dowiedziałam się że pasmanteria po hiszpańsku to merceria